Wstępnie w planach była wycieczka na krokusy w Dolinie Chochołowskiej. Ale że zima trzyma mocno, zrobił nam się wyjazd na zimowe wędrowanie. Na szczęście lawinowe alarmy odwołano, więc można się było wybrać w góry, na Grzesia i Rakoń.
Dzień zapowiadał się pięknie, niebiesko bezchmurne niebo, pełne słońce, ciepło!! To od razu podnosi nastrój i mimo wczesnej pory idziemy zadowoleni podziwiając widoki. Najpierw Dolina Chochołowska - 8km tuptania, to ta mniej lubiana część wyprawy. Więc w schronisku przerwa na drugie śniadanie, na spokojnie bo godzina młoda.
Posileni idziemy na Grzesia, niebieskim szlakiem. Spokojnie, powoli, na szczęście turystów niewielu. Ponad linią lasu mocny wiatr, na szczycie "duje" na całego! Ale cieszę się bo widoki cudowne, lśniąca biel wokół - wierzchnia warstewka lodu jest tak cienka że wiatr ją odrywa i podwiewa; niesamowite!
Na szczycie sesja fotograficzna i schodzimy w stronę Rakonia niebieskim szlakiem, licząc na to że może będzie mniej wiało. Faktycznie, w niektórych miejscach idzie się bardzo przyjemnie, wiatr nie przeszkadza, tylko góry i ja. Cisza. Biel. Kraina śniegu i lodu.
Końcówka podejścia pod Rakoń to niestety znowu powrót bardzo mocnego wiatru - tak, że po kilku krokach jest się zmęczonym walką z górą (bo ciągle do góry) i z wiatrem. Zmaganie wyczerpuje mnie mocno, i mam kryzys, modlę się o to by szczyt już był blisko. Wchdząc na Rakoń jestem bardzo zmęczona, zjadam na wietrze kanapkę i popijam herbatką, plus batonik. Jest lepiej.
W tle Wołowiec, wygląda imponująco ale nie decydujemy się iść dalej, wiatr nas zniechęca; do tego nagania chmury z których nie wiemy co może się rozwinąć. Postanawiamy zejść zielonym szlakiem do Wyżnej Chochołowskiej Doliny. Ten kierunek dostarcza nowych wrażeń, bo zanim dotrzemy do linii lasu brniemy, zapadamy się przy każdym roku w śniegu po kolana; to męczące, więc jak już chowamy się wśród drzew odczuwamy dużą ulgę (szlak z przełęczy pod Wołowcem zawiany, lawinowy więc dochodzimy bokiem).
Na zlodowaciałej powierzchni pokrywy śnieżnej skiturowcy rysują szlaczki.
Wracamy do schroniska w Dolinie Chochołowskiej na zasłużone grzane winko. Powrót doliną nie należy już do przyjemności - śnieg zamienił się w mokrą breję i pluchę więc lawirujemy żeby nie iść po wodzie, niesympatycznie ale nie ma wyjścia, 8km trzeba zrobić.
Całość wyszła niecałe 30km licząc od miejsca startu. Nogi bolą, ale serce i dusza śpiewa ze szczęścia.
BONUS:
wieczorem okazało się, że jest cień szansy na znalezienie już krokusów!! Ambitnie ruszyliśmy i się udało!! Polana Szymoszkowa, obok hotelu Mercure Kasprowy. Mimo iż stulone od zimna to i tak radość niesamowita!
Wczoraj wszechobecna zima, dzisiaj wiosna. Nadzieja.