Posty

Smoleń. Zamek Pilcza

Obraz
 W ostatni piątek podróżowałam przez Jurę Krakowsko-Częstochowską. Padał deszcz, było zimno i ponuro, na niebie wisiały ciężkie chmury, snuły się mgły. Ale gdy zobaczyłam w Smoleniu szczyt zamkowej wieży, postanowiłam zrobić przerwę - bez względu na pogodę. Dojście pod zamek z parkingu wiedzie dookoła, przez las - rezerwat przyrody. Ładnie, choć raczej nie podziwaiam zieleni wokół; idę szybko, ale ostrożnie by się nie poślizgnąć na mokrej ziemi. Brama do podzamcza okazuje się otwarta, więc wchodzę na dziedziniec; parę schodów do góry aby mieć lepszy widok. Niestety na drugą część i zamek górny wejście jest zamknięte - zerkam tylko przez kratę i schodzę. Do leśnej kapliczki nie odważam się podejść: znowu pada deszcz, drewniane schody śliskie, a ja na nogach snickersy. Ale to i tak był przyjemny, deszczowy spacer. 

Azory - Sao Miguel. Ponta Delgada. Azorskie smaczki

Obraz
 Jeden post chcę poświęcić miasteczku Ponta Delgada. Nie zwiedzałam go w tradycyjny sposób, bardziej spacerując i podglądając.   Centrum starego miasta to plac przy kościele św.Sebastiana (Igreja Matriz de São Sebastião). Zarówno w dzień jak i w nocy wyglądał ładnie, w XVI-wiecznym stylu nazwanym przeze mnie hiszpańsko-kolonialnym, wszechobecnym na wyspie (większość starych budynków jest bielonych z ciemnobrązowymi krawędziami). Wokół oczywiście ogródki restauracyjne i ozdobny bruk (o tym potem). Jest też stara brama miejska (Portas da Cidade), a za nią pomnik Gonçalo Velho Cabral (jeden z odkrywców Azorów). Jak wspomniałam, większość starych budynków jest w tym samym stylu na wyspie - tutaj kościół św.Piotra (Sao Pedro) oraz bryła Muzeum Carlosa Machado w budynku dawnego klasztoru. Nadmorska promenada przy porcie jest bardzo ładna, dobrze się tu spaceruje. Jest taras widokowy zwrócony na miasto, bo w stronę oceanu widać port więc mało efektownie. A wieczorem światła...

Azory - Sao Miguel. D7: Wyprawa na delfiny i wieloryby. Praia de Sao Roque

Obraz
 Ostatni dzień azorskiej wyprawy (nie licząc dnia podróży powrotnej) przeznaczony był na wyprawę na ocean w poszukiwaniu morskich stworzeń. Rezerwując rejs miałam trochę wątpliwości na ile spotkanie wielorybów lub delfinów jest prawdopodobne, ale okazało się już na miejscu, że skuteczność jest wysoka. Podekscytowana wsiadłam więc na pokład żóltego katamaranu.  Wypłynęliśmy daleko w morze, smagana wiatrem i falami rozglądałam się ciekawie dookoła. Aż w końcu silinki przygasły i trafiliśmy na pierwsze stado (z daleka widać było łodzie kręcące się wokół: to znak, że coś jest!). Pierwsze delfiny pojawiły się trochę w oddali - delfin butlonosy. Skakały radośnie nad falami. Wow!! Po pierwszej ekscytacji silniki dają pełną moc i płyniemy dalej - w sumie aż 14km od linii brzegowej.  Drugie miejsce to ogromne stado atlantyckiego delfina kropkowanego. I tu festiwal radości! Delfiny płynęły pod łodzią, ścigając się z nami, wyskakując. Gdzie się nie spojrzało, coś przemykało w granat...