Słowenia. Przełęcz Vrsic i Kranjska Gora

 Piątek, czyli pierwszy pełny dzień po przyjeździe, zgodnie z prognozami, był deszczowy. Gęsty, mocny deszcz nie odpuszczał rano, nie było szansy nawet na spacer. Przedpołudnie spędziliśmy więc nad grami - magnetyczne kamyczki super sprawa! Ale po południu postanowiliśmy się ruszyć. 

Samochodem wjeżdżamy na przełęcz Vrsic - pamiętam to miejsce z 2017 roku, kiedy szliśmy stąd na Prisojnik. Mijamy Camp Trenta, tu wtedy spaliśmy. A potem zaczyna się serpentynka pod górę. Na przełęczy widoków prawie zero, wszystko przykryte deszczowymi chmurami, lekko kropi. Idziemy się rozgrzać  w Tičarjevskim domu na Vršiču, a po drodze barany, im deszcz nie straszny.


W schronisku pusto - przy tej pogodzie to nie dziwne; ale jest rozgrzany piec kaflowy, kakao i Gibanica - niesamowite ciasto! Jest w nim wszystko, i smakuje obłędnie.


Wsiadamy w samochody i zjeżdżamy do Kranjskiej Gory - koleżanka chciała fotkę w słynnej ramce nad jez.Jasna. Owszem, ramka fajna, ale widoków nie ma. A jeziorko to taka turkusowa kałuża przedzielona mierzeją i mostkiem, w raczej komercyjnym klimacie (przy tej pogodzie na szczęście nie ma tu zbyt dużo ludzi). 


Obok rzeka Piśnica - szerokim korytem płynie nie za duża ilość wody, ale oczywiście w pięknym kolorze.



Po krótkim spacerku, braku możliwości i chęci na zrobienie czegokolwiek (zimno, mokro), wsiadamy do samochodów i jedziemy jeszcze zobaczyć skocznie narciarskie w Planicy. Tak zwana skocznia mamucia Letalnica, robi wrażenie. A na zeskoku, na wysokości rekordu skoczni (254,5m), pamiątkowy pomnik Domena Prevca. 


A jak już robimy sobie taki "road trip", to postanawiamy wracać przez Włochy i zatrzymujemy się jeszcze na chwilę nad Lago del Predil - w pochmurnej odsłonie mocno klimatyczny widok.