Tatry. Gorczkowe Czuby, Kasprowy Wierch

 W sobotę zaplanowaliśmy wyprawę na Kasprowy Wierch, idąc przez Goryczkowe Czuby. To jedna z grani, którą jeszcze nie szłam, więc bardzo mi się ten pomysł podobał.

Prognoza pogody na sobotę była "taka sobie" - zapowiadano opady, co w górach może znaczyć albo deszczyk, albo srogą burzę. Więc trochę było niepewności, czy jest sens się pchać na grań i narażać na pioruny, albo iść w mokrych butach... Ale ostatecznie poranek był nie najgorszy, niebo nie było zasnute ciężkimi chmurami, co dawało jakąś nadzieję.

Idziemy.

Ruszamy z Hali Kondratowej zielonym szlakiem na Przełęcz pod Kopą Kondracką. Szlak pnie się mocno pod górę, więc idę, staję, łapię oddech, idę dalej. A im wyżej, tym lepsze widoki. Rycerz wciąż śpi na horyzoncie.


Na przełączy zasłużona przerwa. I dalej, w stronę Suchej Kopy. Gdy pokonujemy jej grzbiet, roztacza się przed nami piękna panorama! Widzimy wężykowaty szlak wzdłuż kolejnych, zielonych zboczy - zachwyca mnie ogromnie! I choć ogólnie jest dosyć dużo ludzi wędrujących z naprzeciwka, to chwilami mam przed oczami bardzo niewiele osób! Idę więc krok za krokiem rozkoszując sie widokami. Szlak jest łatwy, spokojny, przyjemnie mi się wędruje, czuję się lekko i radośnie.



Dochodząc do Kasprowego Wierchu niebo robi się stalowe, zarówno za mną, jak się obejrzę, jak i przede mną; ciężkie chmury skrywają Świnicę i spada nawet na nas kilka kropel deszczu - załamanie pogody wisi w powietrzu.



Siadamy więc w barze przy górnej stacji kolejki, zjadamy (bufet mało smaczny), odpoczywamy. I zastanawiamy się którędy schodzić: pierwotnie był pomysł aby zejść zielonym szlakiem do Kuźnic, a potem powtórnie podejść na Halę Kondratową. Ale ostatecznie wymyśliliśmy aby wrócić tą samą trasą - w końcu jest taka malownicza!
Idziemy więc z powrotem przez Goryczkowe Czuby. Deszczu nie ma, jest dosyć ciepło, idzie się fajnie. Na Przełęczy pod Kopą Kondracką robimy chwilę sjesty z widokiem na Giewont. Bosko.



Postanawiam wdrapać się jeszcze na Kopę Kondracką i z Przełęczy Kondrackiej zejść do schroniska - tylko po to aby domknąć szlak (bo jeszcze nie szłam tym odcinkiem). Podejście nie jest lekkie, ale powolutku zdobywam wysokość 2005m npm, tylko po to, aby od razu zacząć schodzić w dół! 


Na przełęczy uśmiecham się do Giewontu, ale nie daję się namówić na powtórne wejście (część znajomych idzie, bo nie byli wczoraj na zachodzie słońca); spokojnie schodzę sobie do schroniska na zimne piwko. 


Cała trasa wg https://mapa-turystyczna.pl wyglądała tak:


To była piękna wyprawa. Trochę męcząca, wiadomo. Moje serce na podejściach chciało wyskoczyć z piersi, ale powoli dałam radę dojść wszędzie tam, gdzie miałam dojść. Nogi wytrzymały. 
Głowa pięknie się przewietrzyła, zresetowała; był czas podczas samotnej wędrówki na wsłuchanie się w siebie. Taki weekend w górach to wspaniała dawka dobra.

Bonus1: takie spotkanie na szlaku: Sosnowiec i Łodź (AnnKo)


Bonus 2: w Schronisku na Hali Kondratowej można kupić lody włoskie - naprawdę dobre!
 

I oczywiście, snując się w tatrzańskich krajobrazach, planujemy kolejną wędrówkę...