Boże Ciało w tym roku postanowiliśmy wykorzystać na grupowy wypad na Słowenię. Plany były ambitne - Mangart, ferrata. Jednakże pogoda, zarówno krótkoterminowa (prognozowane deszcze) jak i długoterminowa (przedłużające się wiosenne zimno i śniegi), sprawiły że nasz plan nie wypalił - droga na Mangart okazała się zamknięta, a właśnie w czerwcu ją zwykle otwierają. Ale po kolei...
Świąteczny czwartek, od wczesnego poranka, spędzamy w podróży - to ok. 8 godzin jazdy samochodem.
Po drodze piękna pogoda, ciepło, słońce... może jednak deszczowe prognozy się nie sprawdzą?
Po przyjeździe do Boveca (nasza miejscówka to https://hostelsocarocks.com/en/, polecam!) chcemy wykorzystać piękną pogodę i rowery elektryczne wypożyczone przez znajomych - jedziemy na krótką wycieczkę!
Od początku widoki nam zapierają dech - zieleń traw i wzgórz na tle błękitnego, bezchmurnego nieba!
Oczywiście, niepomni wskazówek od znajomych, wybieramy swoją trasę, w efekcie czego błądzimy, przepychamy rowery po korzeniach pod górę, albo po schodach!! A z "elektrykami" to nie jest taka łatwa sprawa. Ale wrażeń moc - Soca urzeka swoim kolorem, przeprawa przez wąskie mostki to super sprawa.


Rowerowanie zdłuż Socy powtarzam jeszcze w ostatni dzień, przed wyjazdem. Ekipa wybiera kajaki, ale ja mam "cykora" (kajaki to nie moja bajka, a na górskiej rzece tym bardziej), więc wsiadam na elektryka i w drogę.
Tym razem z Boveca jedziemy z B w kierunku Kobaridu (znane mi miejsce, byliśmy tutaj w lipcu 2017). Trasa tak malownicza, że aż trudno uwierzyć! To tzw. Alpe Adria, jeden z najbardziej spektakularnych szlaków rowerowych w Europie. Ten odcinek, który my przejeżdżamy, jest na prawdę super! Najpierw widoki na góry, wystrzeliwujące mocno z doliny.
Potem trasa biegnie już wzdłuż Socy, najpierw asfaltową ale bardzo malowniczą drogą, potem leśną scieżką, szeroką i wygodną. Oczywiście nie możemy się napatrzeć na szmaragdowy kolor rzeki. Z wiszącego mostku przyglądamy się też, jak kajakarze sprawnie radzą sobie z nurtem rzeki - podziwiam!
Niestety, nie dojeżdżamy do Kobaridu bo goni nas czas. Na wysokości Trnovo ob Soci zawracamy. Tutaj rzeka ma już inny charakter - wąska, rwąca, dzika. Piękna.


I muszę przyznać, że mocno doceniłam jazdę na rowerze elektrycznym po górzystym terenie - rower praktycznie sam jedzie, a ja męczę się minimalnie pedałując bez większego oporu. A górkę do pokoniania miałyśmy sporą, 150m podjazdu na krótkim, może kilometrowym odcinku.
Tak mniej więcej wyglądała nasza trasa.
Bovec, Słowenia, Alpy Julijskie są piękne z perspektywy rowerowego siodełka. Chętnie tu wrócę. Ale z elektrycznym rumakiem, ha, ha, ha!