Wakacje to intensywny czas i trudno czasem zgrać plany wszystkich osób - ale na szczęście druga połowa sierpnia jest dla nas łaskawa (kolejny rok z rzędu) i udaje nam się spędzić weekend w Tatrach. Wyjątkowo "Nam" bo Mój Małżonek postanowił mi towarzyszyć, ku mojej wielkiej radośći!
Plan był dosyć prosty - Małołączniak jako część górskiego wyzwania koleżanki; a resztę ustali się w zależności od pogody, dyspozycji, humoru. Bez spinki, na luzie.
Sobotni poranek był trochę mglisty, ale zanim się zebraliśmy do wyjścia, wyszło słońce. Więc przez Dolinę Kościeliską szło się w cieple, słońcu, porannej energii. Trasa którą obraliśmy to niebieski szlak od Przysłopu Miętusiego. W cieniu lasu chłodniej, im wyżej i dalej w dzień, tym więcej białych obłoków.
Gdy wchodzimy w piętro kosodrzewiny i powyżej, niebo jest szare, szczyty schowane w bieli. Ale widoki zacne. I nasza nagroda nr1 - dwie kozice (tata + dziecko) tuż nad szlakiem! To nam daje kopa, zastrzyk energii na dalszą wspinaczkę i poczucie że warto było się tak męczyć i sapać. Jestem zaskoczona kiedy dochodzimy do łańcuchów - nie wiedziałam że tu są - ale ten krótki odcinek to dla mnie dobre urozmaicenie, technicznie łatwe dzięki wykutym stopniom w skale.
Dalej już w chmurach, raz lepsza widocznośc raz gorsza, ale ma to swój klimacik, gdy wokół tylko trawy powoli czerwieniejące, ścieżka kamienista i mleczna biel.
Na szczycie Małołączniaka oczywiście radość, czas na piknik i relaks. I wyłapywanie "okienek" w chmurach aby zobaczyć coś więcej. Humory dopisują więc dziemy dalej zgodnie z planem - na Kopę Kondracką.
Na Kopie dużo lepsza pogoda i widoczki, więc kolejny zastrzyk dobrej energii.
Tu nasza ekpia się rozdziela na dwie - idących dalej na Giewont i idących w dół. Ja wybieram Giewont rzecz jasna. Na Przełęczy Kondrackiej mała chwila zawahania, bo wydaje się że na szczyt idą pielgrzymki. Postanawiamy więc podejść wyżej do odejścia czerwonego szlaku na Wyżniej Kondrackiej Przełęczy i tam podjąć ostateczną decyzję. I było to słuszne posunięcie, bo bliżej szczytu okazuje się, że ruch turystów nie jest aż tak duży. Ok, czas na atak szczytowy.
Na Giewoncie nie byłam chyba z 20 lat! Wchodzi się szybko (spowolnienie na łańcuchach nieduże), na szczycie nie za dużo osób. Schodzi się trochę wolniej bo łańcuchy zablokowane przez dzieci (!!) ale nie ma tragedii, trzeba być czujnym bo kamienie aż się świecą od kontaktu z podeszwami butów.
Ogólnie fajna wspinaczka na szczyt, technicznie łatwa - ale jestem obyta ze skałami plus wspinaczką skałkową. ALE, jeśli ktoś ma lęki, jest mniej sprawny lub nie jest gotowy psychicznie wchodzić po łańcuchach - odradzam dla jego dobra i innych turystów. Myślę że zbyt dużo ludzi nie jest świadomych że to nie spacerek po kamiennych shodkach - które nota bene są mocno wyślizgane, więc trampki, sandały, klapki to ryzyko; a potem się robią zatory, nerwówka, wypadki... Wyprawy z dziećmi na Giewont tylko jak mają małpie sprawności i lubią wygibasy, inaczej mogą się zniechęcić i zablokować psychicznie. Ale cóź, każdy turysta odpowiada za swoje przygotowanie, byleby tylko nie narażał też innych na niepotrzebne ryzyko.
Po zejściu z Giewontu skręcamy na czerwony szlak przez Grzybowiec, do Drogi Nad Reglami, i dalej już w stronę Doliny Kościeliskiej. Zejście męczące na początku, potem lepiej - chyba nie ma łatwych przyjemnych zejść w Tatrach, zawsze kolana dostaję wycisk, no ale jak się wyszło trzeba tyle samo zejść.
Za Przysłopem Miętusim, gdzieś w okolicy Niżniej Zawiesistej Turni, na polanie czeka nas nagroda nr 2, tzw. wisienka na torcie. Dwa tatrzańskie symbole w jeden dzień - kozice i niedźwiedzie (dorosły plus dwa małe). Niesamowite uczucie zobaczyć to zwierzę, aż miałam łzy w oczach. Na szczęście odległość była spora (ok 300m) i miśki zdecydowanie szły w inną stronę, więc nie czuło się zagrożenia; choć jak zaryczał to zdecydowanie dokonaliśmy odwrotu!
Bardzo udany dzień pełen wrażeń, na pewno niezapomniany. Ze smutkiem muszę tylko powiedzieć że zmęczenie było duże na koniec wędrówki, a to tylko 23km...trzeba popracować nad formą fizyczną.
A w niedzielę spacer leniwy, do Doliny Lejowej - doszliśmy tylko do pierwszego mosteczku, słonko grzało więc wymoczyliśmy obolałe stopy w strumieniu - taka naturalna krioterapia. I do domku z przystankami na obżarswo (Karczma Witowianka i Coffe&Cookies w Czarnym Dunajcu).
Cudowny weekend, idealny reset.