Beskid Śląski - Soszów i Stożek

Z reguły nie jeżdżę w Beskid z PTTK, bo organizujemy sobie wyjazdy same jako że Beskid blisko; tym razem wycieczka z katowickim biurem bo wygrana przeze mnie ( a więc za darmo).
Nasza trasa to spacer najpierw na Soszów. Ruszamy z Wisły Jaworze niebieskim szlakiem, krążąc wokół stoku narciarskiego pniemy się do góry i podziwiamy oddalające się miasteczko.


Trasa przez śnieżny las jest urokliwa więc humor dopisuje. Dosyć szybko dochodzimy do schroniska - jest urocze, w środku ciepły przytulny wystrój więc siadamy na chwilkę, pijemy kawkę. 


Ale to dopiero początek naszej wędrówki więc żwawo ruszamy dalej. Szlak śnieżny ale przedeptany plus ślady skutera; tylko na polanach zawiany (mocno wieje!) ale widoczny. Pogoda pochmurna i wietrzna, idzie się nie najgorzej. Drzewa przygniecione ciężarem śniegu, choinki przypominające złożone parasole - piękne widoki zimy w pełni ( o jej urokach jeszcze się przekonamy później!). Docieramy do Cieślara a zaraz za nim Osady Stożek Mały. Zaspy przy drodze sięgają mi szyi. Podziwiam ludzi żyjących tu.


Za chwilę jesteśmy na Małym Stożku i zaczynamy wdrapywanie się na Stożek Wielki. Nie powiem, stromo pod górę, kije idą w ruch do pomocy, zasapuję się szybko ale tuptam dzielnie do przodu. Schronisko to radość że już jesteśmy! Bardzo miłe, duże, takie w starym stylu. Odpoczywamy. Moja nagroda - grzane winko, smakuje wybornie po takim spacerze.


Ale to dopiero połowa naszej trasy. Wieczorem okaże się, że to była ta łatwiejsza i przyjemniejsza część - o tym będzie dalej. Dalszy plan to przejście Głównym Szlakiem Beskidzkim do Przełęczy Kubalonka. Ruszamy pełni energii ale po kilkuset metrach okazuje się że szlak ledwo przetarty, mocno wieje. I śniegu kopa, wszystko zaśnieżone, wszędzie biel. Więc tempo nam spada, pierwsza osoba de facto toruje drogę w śniegu po kolana. Przechodzimy Kyrkawicę, podziwiamy Grzybowe Skały schowane pod śniegiem. Patrząc na oznaczenia szlaku uzmysławiam sobie ile go jest - normalnie są na wysokości 1,5-1,8m tak myślę - teraz ledwo wystają spod śniegu...


Docieramy do Kiczory ale nie zatrzymujemy się nawet na pamiątkowe zdjęcie bo ciężko wyjąć rękę z rękawiczki gdy tak wieje, a każdy trzyma się śladów - dołków w śniegu po kolana, zrobionych przez poprzednika. Ale nie ma co marudzić, trzeba iść dalej. Dochodząc do Mraźnicy i widząc drogowskaz 1:15h myślimy podbudowani, że najgorsze już za nami. Pojawia się słoneczko i niebieskie niebo, piękne widoczki.


Nic bardziej mylnego!
Teraz zaczyna się PRZYGODA.
Początkowo szlak (czerwony cały czas) prowadzi płaską drogą - wydawałoby się, że to dobrze. Ale śniegu po uda i śladów zero! Brniemy, klniemy, czasem się śmiejemy z naszego zapadania. Postanawiamy nawet złożyć reklamację do PTTK "że za dużo śniegu w górach". Przy skręcie szlaku w górę i tabliczce 1h nastroje mamy minorowe - zamiast iść 15min szliśmy ponad 30min, robi się późno i szanse na dotarcie na miejsce zbiórki na czas (16:30 planowany wyjazd) maleją. Na szczęście jesteśmy grupą czołową więc nie boimy się że ktoś na nas czeka już.
 

No ale co: trzeba iść. Smagani silnym, zimnym wiatrem, w śniegu po uda brniemy najpierw pod górę, żeby wdrapać się na kolejne wzniesienie. Nie jest nam już do śmiechu. Dalej jest tak samo - śladów prawie zero, śniegu mnóstwo, każdy krok to wysiłek podnoszenia nogi jak przy pokonywaniu przeszkód lub wchodzeniu po schodach. Gdy wdrapujemy się mozolnie na Beskid robi się szarówka. Zakładamy czołówki i skupieni na drodze, idziemy dalej, jak najszybciej możemy żeby jak najwięcej przebyć przed zapadnięciem zmroku. Ale też pilnujemy się wzajemnie i czekamy na ostatnią osobę by nikogo z grupy nie zgubić. Niejednokrotnie ratujemy się aplikacją pokazująca nasze położenie względem szlaku, bo śladów w lesie zero, las dosyć gęsty, oznaczenia na drzewach niełatwe do wypatrzenia. 
Gdy na horyzoncie dostrzegamy światełka wstępuje w nas otucha ale widzimy, że jeszcze mamy daleko. Idziemy, idziemy, idziemy...
Do końca trasy dochodzimy po 3:45 h (wg, oznaczeń to miały być 2h, więc prawie dwukrotnie wolniej!!), zmęczeni fizycznie i psychicznie, w przemoczonych butach, choć na szczęście stuptuty ochroniły nogi dobrze ile mogły. Na szczęście mamy czas aby w Karczmie Kubalonka zjeść coś ciepłego, ogrzać się i odpocząć. Będąc bezpieczni już - tak, był strach i lęk czy nam się uda - śmiejemy się z naszej przygody. Dodam tylko, że ostatni turyści dotarli 2 godziny po nas...

Wycieczka na pewno niezapomniana. Trasa sama w sobie bardzo fajna i latem na pewno bardzo widokowa. Warunki zimowe przeszły oczekiwania nas wszystkich. Odczułam jak ważne jest dobre przygotowanie, bo górskie wędrówki mogą mieć różne scenariusze. Forma fizyczna i psychiczna bardzo ważna, ja na szczęście spisałam się pod tym kątem i jestem z siebie dumna. Dobry ubiór aby chronił przed wiatrem i zimnem, buty, kijki. Do wyposażenia plecaka dorzucę na pewno folię termiczną i zapas kalorii - nawet latem lepiej mieć ze sobą te rzeczy; mini apteczka, czołówka i scyzoryk to już u mnie standard.

Do zobaczenia na szlaku... wiosną ;).