Beskid Żywiecki. Skrzyczne i Malinowska Skała
Po ponurym i chłodnym tygodniu zapowiadano ciepły, słoneczny weekend. Więc oczywiście plan - góry. Spacerek w Beskidach, w poszukiwaniu jesiennych panoram. Najpierw chwila wątpliwości, czy znajdzie się towarzystwo do wędrówki. Udało się. Potem wybór trasy - miałam dwa pomysły: Skrzyczne albo Równica, obie trasy łatwe i widokowe. Ostatecznie wygrał najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, ale żeby było inaczej, wymyśliłam wejście od strony Salmopolu, żółtym szlakiem na Małe Skrzyczne. To był średnio udany wybór szczerze mówiąc, bo szlak biegł w większości stokiem narciarskim, więc niezbyt urokliwie i szło się też nie za wygodnie no ale cóż...
Ale zacząć muszę od bohatera dnia - halnego. Już jak wysiadłyśmy na parkingu z auta poczułyśmy, że mocno wieje, w czym nas utwierdziła nieczynna kolejka gondolowa. Ale to tylko wiatr więc się nie zraziłam, mimo mocnych podmuchów nie był zimno, słońce przebijało się przez lekkie chmurki sunące szybko po niebie. I choć głowę chciało urwać, a chwilami wiało tak, że się słowa nie dało powiedzieć, próbowało wyrwać ci z ręki telefon, a najlepiej to cię przewrócić - to i tak to była bardzo udana wycieczka.
Ale po kolei.
Najpierw pod górę. W lesie jesiennie, liści się ścielą pod nogami. Lubię ten wilgotny nastrój przemijania.