Beskid Żywiecki. Skrzyczne i Malinowska Skała

Po ponurym i chłodnym tygodniu zapowiadano ciepły, słoneczny weekend. Więc oczywiście plan - góry. Spacerek w Beskidach, w poszukiwaniu jesiennych panoram. Najpierw chwila wątpliwości, czy znajdzie się towarzystwo do wędrówki. Udało się. Potem wybór trasy - miałam dwa pomysły: Skrzyczne albo Równica, obie trasy łatwe i widokowe. Ostatecznie wygrał najwyższy szczyt Beskidu Żywieckiego, ale żeby było inaczej, wymyśliłam wejście od strony Salmopolu, żółtym szlakiem na Małe Skrzyczne.  To był średnio udany wybór szczerze mówiąc, bo szlak biegł w większości stokiem narciarskim, więc niezbyt urokliwie i szło się też nie za wygodnie no ale cóż...

Ale zacząć muszę od bohatera dnia - halnego. Już jak wysiadłyśmy na parkingu z auta poczułyśmy, że mocno wieje, w czym nas utwierdziła nieczynna kolejka gondolowa. Ale to tylko wiatr więc się nie zraziłam, mimo mocnych podmuchów nie był zimno, słońce przebijało się przez lekkie chmurki sunące szybko po niebie. I choć głowę chciało urwać, a chwilami wiało tak, że się słowa nie dało powiedzieć, próbowało wyrwać ci z ręki telefon, a najlepiej to cię przewrócić - to i tak to była bardzo udana wycieczka.

Ale po kolei. 

Najpierw pod górę. W lesie jesiennie, liści się ścielą pod nogami. Lubię ten wilgotny nastrój przemijania.

Idąc wyżej, już przed Małym Skrzycznym, widoki robiły się ładne, a suche trawy kołysały się gwałtownie na wietrze. Gdy już wspięłyśmy się na ten szczyt, droga prowadziła płasko, grzbietem, w stronę celu naszej wędrówki. Przyjemnie, widokowo, i oczywiście na otwartej przestrzeni wietrzenie.



Na szczycie Skrzycznego już dużo ludzi, główny wyciąg na Skrzyczne woził turystów bez problemu; no i rowerzyści też dopisali jak zawsze - taki już urok tego miejsca. Na szczęście udaje się znaleźć przyjemne miejsce do posiedzenia, więc podziwiamy widoki, raczymy się napitkami w schronisku, posilamy, odpoczywamy, relaksujemy.


Gdy już nam się posiedziało do oporu - idziemy dalej. Najpierw z powrotem na Małe Skrzyczne, w wietrze, słońcu i z  pięknymi widokami. Na Malinowskiej Skale obowiązkowa sesja fotograficzna, to na prawdę bardzo malownicze miejsce (zdjęcia przedstawiające mnie autorstwa koleżanki E.)


Gdy już zaliczyłyśmy ten punkt wycieczki, schodzimy czerwonym a potem niebieskim szlakiem z powrotem do Szczyrku, do Soliska. Idzie się miło, spokojnie; no i tu już nie wieje, hahaha.
Przyjemny spacer, lekkie zmęczenie po ponad 18km wędrówki. Ale co najważniejsze, stresy i problemy z całego tygodnia gdzieś zgubione na szlaku, wywiane przez halny z głowy. I o to chodziło.