Ojców


Wyszło tak, że w ostatni poniedziałek kwietnia wzięliśmy wolny dzień na tzw. "kacowe" po dwudniowym weselu. A że czuliśmy się dobrze postanowiłam że wykorzystamy czas na wyjazd do Ojcowskiego Parku Narodowego. Już od jakiegoś czasu chodził za mną pieszy spacer po tej okolicy, w weekendy są tam tłumy więc poniedziałek wydawał się idealnym dniem na realizację mego planu. Na parkingu pod zamkiem (10zł za cały dzień, ździerstwo okropne zwłaszcza jak się wie co nas spotkało!) 3 samochody; "Bomba!!" myślę sobie - idealnie. Wchodzimy więc na zamek, a raczej wzgórze z wieżą, basztą, studnią i kupą gruzu porośniętego zielskiem. Tylko brama wejściowa jest ciekawa, reszta nic wartego uwagi.
Z zamku schodzimy na szlak aby zacząć "clue" naszej wycieczki, czyli spacer do Bramy Krakowskiej.
I tu zaczyna się nasz dramat... 
pierwsze krople deszczu, coraz ich więcej, nie ma co się oszukiwać - pada. A że niebo niezbyt zasnute chmurami więc pełni nadziei że zaraz przejdzie ten wiosenny deszczyk, wchodzimy do Centrum Edukacyjno-Muzealnego aby przeczekać. Czekamy. Po 5-10 minutach niebo robi się szarobure, zaczyna grzmieć i leje na maksa. Czekamy. Po kolejnych 30 minutach czekania dajemy za wygraną, w deszczu biegniemy do samochodu przeskakując przez kałuże; spacer po takiej ulewie nie byłby i tak przyjemnością (bo nasze obuwie było na suchą pogodę). Wracamy do domu, ja mocno rozczarowana.
Eh...