Marzec pod hasłem Koronavirus, COVID-19
Marzec to miesiąc w którym zmieniło się nasze życie.
Już wyjeżdżając do Lwowa wiedziałam o galopującej epidemii we Włoszech, świadoma tego, że to nieuniknione również w Polsce. Gdy zalecieliśmy na miejsce już były w Polsce pierwsze osoby zdiagnozowane jako zarażone - 4 marca 2020, datę zapamiętam na pewno. A potem już "TO" było wszędzie. Aż za dużo.
Dla mnie to stan wojny.
Jak ja odebrałam tą sytuację? Na początku z rezerwą, obserwując co się będzie działo. Kiedy z dnia na dzień sytuacja robiła się poważniejsza i zaczęto coraz bardziej ograniczać kontakt z innymi osobami (zamknięcie szkół od 12 marca) najpierw - jak wszystkich chyba, pojawiła się u mnie panika. Co będzie z nami, z moją rodziną? Czy uda nam się ustrzec, przeżyć? Potem zakaz wychodzenia z domu. Bunt, złość, bo miałam tyle planów, spraw do załatwienia, wydarzeń wpisanych w kalendarzu. Czemu muszę z tego rezygnować?! Rozum wiedział czemu, serce się buntowało.
Czułam się jak lew w klatce.
I chyba po trzech tygodniach siedzenia w domu (od 12 marca, dziś mamy 1 kwietnia), dalej się tak czuje. Spokój i lekki luz, bo mogę dopilnować domu, syna, mam więcej czasu wolnego. A równocześnie smutek, że tak wielu rzeczy nie mogę zrobić. Frustracja, wahania nastroju od zadowolenia do depresji. Bicie się z sumieniem i rozsądkiem co powinnam robić a czego mi nie wolno, gdzie jest granica naszego bezpieczeństwa. Ale gdy wychodzisz z domu dwa razy w tygodniu i to tylko do Biedronki na zakupy, no to nie jest łatwo...
Ogólnie - psychiczny chaos. To trudny dla mnie czas, nie jestem przyzwyczajona do bezczynności, siedzenia w domu, zabijania nudy pierdołami. Staram się zadbać o równowagę będąc otwartą na to co niesie każdy dzień, nic nie zakładać z góry, nie robić sobie wyobrażeń, Ale to nie jest łatwe. Staram się nie słuchać za wiele mądrych głów, genialnych opinii, eksperckich porad, o polityce nie wspomnę. Po trzech tygodniach memy i filmiki przestały mnie już bawić, staram się karmić moją nadzieję dobrymi myślami, docenianiem codzienności, patrzeniem na proste, zwykłe, codzienne czynności jak na cenne i wyjątkowe.
Staram się - to jest słowo klucz. Raz wychodzi to lepiej, raz gorzej...
A co podziało się w te trzy tygodnie?
Jest czas na gotowanie i jedzenie - domowa pizza i domowy ramen, ciasta, obiadki codziennie świeże. A że nie ruszam się z domu to wino do obiadu i kolacji.
Rozpasanie na całego, ale brak mi ćwiczeń - na szczęście znalazłam grupę wsparcia do treningów online, więc na razie ćwiczę prawie codziennie. To jest "in plus" dla obecnej sytuacji.
Raz udało mi się wyrwać na bieganie, raz na rower - musiałam bo już dostawałam kręćka w domu. Akurat była piękna słoneczna wiosna.
Przeczytałam dwie książki, lekkie powieści. Obejrzałam nie wiem ile odcinków rożnych seriali.
Ba! nawet kupiłam ciuchy przez internet!!
Nie zapominając, że normalnie pracuję z domu, Home office nawet ponad 8 godzin dziennie. Plus "home school" czyli walka z wiatrakami, gdzie wiatrakiem są zbliżające się egzaminy 8-klasistów.
A nawet, żeby oswoić koronawirus - uszyłam maseczkę.
A może od kota powinnam się uczyć jak żyć w zamknięciu? hahaha ;)
Co jeszcze? Chyba by się jeszcze coś znalazło.
A to dopiero początek tej epidemii, pierwsze 4 tygodnie za nami. Wszyscy się zastanawiamy jak długo jeszcze? Co dalej? I nikt nie zna odpowiedzi.
Rok 2020 zmieni nasze życie, nie tylko na kilka miesięcy. Patrząc z mojej perspektywy, już wiem, że moje życie się zmieniło. Ja się zmieniłam, moje podejście, wartości, zachowanie. I tak już zostanie. Myślę, że każdy musi teraz otworzyć się na nieznane i żyć tym co jest. Planować? Tak, ale realnie. Ja też mówię " jak to się skończy, to..." bo wierzę, że się skończy. To nie znaczy, że odejdzie na zawsze, zniknie. Będzie w nas, będzie wokół nas, jak nie koronawirus to inne wyzwania - już wiemy że czeka nas kryzys gospodarczy, nie wiemy co jeszcze? kiedy? jak?
Wydawało nam się, że jesteśmy Panami własnego życia. Teraz widać, że nie mamy pełnej władzy. To przeraża. To uczy. To zmienia.
Uważność. Równowaga.