Tatry Zachodnie. Starorobociański Wierch 2176m n.p.m.
Miał to być kolejny babski wyjazd pod hasłem EKK.
Ale pandemia postawiła planowanie pod dużym znakiem zapytania - pierwotni plany były nawet na Pragę, ale nie wiadomo było czy będzie można podróżować. Więc szukając czegoś w kraju, padło na Tatry. Dla mnie idealnie.
Ostatecznie szyldu EKK nie rozwiesiłyśmy, za to był babski wypad w góry. Baza wypadowa w Witowie, Willa Truchanówka (po raz kolejny rewelacja!), więc nogi nas niosą w zachodnią część Tatr - fajnie bo miesiąc temu byłyśmy w Wysokich, na drugim końcu prawie.
Po piątkowym wieczorku zapoznawczym (hahaha), sobotnia pobudka wcześnie rano. Chłodny poranek wita nas szronem.
Tuptam rześko do Doliny Chochołowskiej, by wsiąść na rower. Tak, postanowiłyśmy dać nogom trochę komfortu i zamiast maszerować 6km asfaltem i szutrem w jedną stronę, podjechać ten odcinek rowerem. To okazał się z resztą świetny pomysł, w stronę doliny niby płasko i choć na pedały trzeba naciskać to nie jedzie się źle; a z powrotem to bajka, zero pedałowania i grawitacja pcha mnie w dół.
Pod górę idziemy z Polany Trzydniówki czerwonym szlakiem, w kierunku Trzydniowiańskiego Wierchu. Tu prawie od razu wartko pod górę, stopień za stopniem, mozolnie idę pod górę, sapię, zatrzymuję się, żeby złapać oddech. I znowu kolejne kilkanaście stopni dopóki nie braknie tchu.
Gdy wychodzę z lasu widoki rekompensują trud wędrówki. Kosodrzewina, wrzosy, czerwieniejące krzaki borówek. A nad tym wszystkim błękitne, bezchmurne niebo.
Na szczyt Trzydniowiańskeigo Wierchu wchodzę zasapana ale szczęśliwa. Przede mną panorama jak marzenie.
Przerwa na popas, podziwianie widoków i sesję fotograficzną - musowo.
To dopiero pierwszy ze szczytów dziś do zdobycia, więc ruszam dalej na Kończysty Wierch. Widać go przed nami oraz wijącą się ścieżkę, z daleka mam wrażenie, że jest pionowa. Więc znowu co kilkanaście stopni przerwa na podziwianie widoków - a jest co więc nie ma co narzekać. Podejście zabezpieczone siatkami, nie wygląda to może estetycznie ale ważne jest bezpieczeństwo. Gdy już wchodzę na szczyt wieje, więc szybko wkładam czapkę i chowam się w zawietrzne miejsce z pięknym widokiem na cel mojej wędrówki. Ach, mogłabym się stąd nie ruszać.
Ale to nie jest jeszcze ostateczny cel wędrówki więc po chwili przerwy idę dalej. Szlak malowniczo prowadzi wąską ścieżką wśród traw, w dole po słowackiej stronie mrugają do mnie wodne oczka. Samo podejście pod Starorobociański Wierch to kolejne schody zygzakowane, ale wiem, że to już ostatni etap więc jakoś mi to nawet idzie.
Na szczycie radość ogromna, widoki piękne choć ludzi sporo. Zamiast pamiątkowej tabliczki ze szczytu - zdjęcie na słupku (nie mojego autorstwa).
Pięknie tu, dobrze mi.
Ale pora iść w dół, bo wedle logiki wędrowca, jak już weszłaś to musisz jeszcze zejść. Początek zejścia stromy więc schodzę ostrożnie. Szlak wije się malowniczo granią, gdy już schodzę i obracam się to zapiera mi dech.
A przed mną panorama na Bystrą i Błyszcz. Majestatycznie.
My jednak na Siwym Zworniku skręcamy na szlak zielony w stronę Siwej Przełęczy. Tu skręt na czarny szlak na lewo, w dół do Doliny Starorobociańskiej. Uhhh.... stromizna w dół plus kamienie, kamienie, kamienie. Ale iść trzeba. Na szczęście jak podniesie się głowę to zbocza Ornaka aż się świecą od soczystości barw.
Gdy już stromizny się skończyły przez las w dolinie szło się już dobrze, ba! nawet szybko. Szybko zwłaszcza dla tych którzy wystraszyli się ryków dochodzących gdzieś z boku... zgodnie z koleżankami orzekłyśmy, że to jeleń, pora na rykowiska...
Gdy już dotarłam z powrotem do Doliny Chochołowskiej robiło się już chłodno, brak promieni słonecznych szybko obniża temperaturę odczuwalną. Więc w rękawiczkach dosiadam roweru i zjeżdżam w dół do początku doliny. Teraz czas już tylko na grzane wino i świętowanie cudownego dnia.
To była wspaniała wyprawa. Piękna trasa, malownicza i urozmaicona jeśli chodzi o wędrówkę, nie trudna, bardziej męcząca. Do tego świetne towarzystwo i dobra zabawa.
Nasyciłam oczy pięknem, duszę czystością i spokojem, ciało wysiłkowymi endorfinami.
IDEALNIE.
Poniższe zdjęcia odzwierciedlają w pewien sposób mój i moich koleżanek, nastrój w tym dniu.
( nie są mojego autorstwa, de facto autor nieznany, dwaj mili panowie zaczepieni na szlaku).