Beskid Mały. Chrobacza Łąka
Weekend miałam z kategorii leniwych i bez większych planów. Ale nie chciałam siedzieć w domu na tapczanie, zwłaszcza, że pogoda zapowiadała się przyjemnie. Więc w niedzielę postanowiłam "wyskoczyć" na spacer w góry. Celowo mówię o spacerze, ponieważ nie miałam ochoty na długą, męczącą wędrówkę; a nie mając towarzystwa - nie było presji. Więc idealnie. Wybrałam więc trasę krótką, którą nigdy nie szłam - dla testu. Na Chrobaczej Łące byłam już z innej strony, podobało mi się wówczas, więc czemu by nie iść jeszcze raz? I uwaga: Chrobacza lub Hrobacza, dwie pisownie w obiegu.
I tak oto jadę do miejscowości Kozy, niedaleko Bielska-Białej (wybierałam też trasę blisko, w końcu jadę sama więc podróż nie jest elementem wartościowym bo nie ma z kim porozmawiać). Na leśny parking przy żółtym szlaku dojeżdżam tuż po 9. tej rano i jestem zaskoczona, bo jest już sporo samochodów! A myślałam, że to mało popularne miejsce... Ruszam raźnie pod górę, słońce pięknie świeci. Ludzi na szlaku nie za dużo, mam swój czas na słuchanie śpiewu ptaków.
Gdy dochodzę do Przełęczy u Panienki, ludzi jest już więcej, zarówno idących w tą stronę jak ja, jak i w przeciwną. Ale to tylko chwila spokojnego marszu granią, i widzę majaczący między bezlistnymi drzewami krzyż na szczycie, a obok po prawej, poniżej, dach Chaty Turystycznej Hrobacza Łąka. Tu idę na odpoczynek.
Siadam ciut powyżej, na ławce, wygrzewam się w słońcu, dociera do mnie mniej głosów. Dobrze mi tu.
Po jakimś czasie ruch w chacie się zagęszcza więc postanawiam ruszać dalej. Jeszcze schodzę kilkadziesiat metrów niżej, aby złapać panoramę Beskidu Małego (Kiczera na głównym planie), choć niebo nie jest dziś przejrzyste.
Idę pod krzyż, prawie jak na Giewoncie, haha! Nawet udaje mi sie wysłać pozdrowenie z Tarnicy do znajomego, taki żarcik. Panorama na Bielsko-Białą szeroka, spokojna.
Od szczytu idę na prawo, zielonym szlakiem, który za chwilę rozdziela się od czerwonego (uwaga, na rozejściu szlaków łatwo się pomylić, trzeba być czujnym gdzie szlak a gdzie droga przeciwpożarowa). Zielony szlak prowadzi stromo w dół waską ścieżką; idę czujnie, uważając by mokra gleba nie podcięła mi nóg. Ludzi tu dosyć sporo, idących do góry. A ja powoli schodzę w dól, do kamieniołomu w Kozach. Kamieniołom to teren rekreacyjny, pełen ścieżek i dróżek. I ludzi. Obchodzę urokliwe jeziorko i podziwiam skalne warstwy, tzw. flisz karpacki.
Ogólnie miejsce bardzo przyjemne jak na spacer, zadbane, z ławeczkami, lunetami aby podziwiać panoramę Bielska-Białej. Jest też interesująca metalowa rzeźba na ruinach kolejki (strażnik, wojownik?), ale nie podchodzę do niej bo to wymaga trochę gimnastyki - idę dalej zielonym szlakiem. Trochę poniżej szlak przecina droga leśna, którą mogę sobie skrócić wędrówkę i uniknąć zejścia uliczkami i wejścia z powrotem na parking. Więc spokojnie sobie dochodzę do miejsca startu.
Cała wędrówka, z przerwą, zajęła mi niecałe 3 godzinki, spokojnym tempem, bez zasapania podgórę. Było przyjemnie, w słonecznej kąpieli, przy wtórze wiosennych świergotów i w towarzystwie własnych myśli. Dużo dobrej energii wygenerowałam w to przedpołudnie.
Muszę przyznać, że samotna wędrówka to świetny czas na uważność oraz na wgłębienie się w siebie. Choć chwilami mnie martwi, że coraz częśćiej wśród ludzi czuję że nie pasuję i wybieram swoje towarzystwo...
Trasa wędrówki wg. mapy.com wyglądała tak:













