Lipcowa pogoda na razie nie rozpieszcza. Po upalnym czerwcu i początku wakacji, drugi tydzień lipca dużo chłodniejszy, tak ok.22 stopni, pogoda zmienia się w jak w kalejdoskopie: deszcz, słońce, wiatr. Bez szału jak na polskie lato. Ale pogoda, niepogoda, w góry trzeba iść!
Sobota zapowiadała się lepiej - mniejsze ryzyko deszczu. Ale że prognozy były niejednoznaczne, nie chciałam ryzykować długiej trasy - samotna wędrówka w deszczu to żadna frajda. Więc w ostatniej chwili zmieniłam plany na krótki i prosty spacer - wersja bezpieczna.
Jadę więc wczesnym, pochmurnym porankiem do Wilkowic, skąd postanawiam iść na Magurkę Wilkowicką. Byłam tutaj już, ale nie od tej strony. Parkuję przy drodze na jakimś wolnym skrawku (nie ma tu parkingu niestety) i ruszam czerwonym szlakiem w kierunku Chatki na Rogaczu. Zaczynam w przeciwdeszczowej kurtce bo kropi; nie zapowiada się dobrze ale się nie poddaję. W lesie deszczu nie czuć, chyba zaraz zresztą przestało padać; jest parno, więc ściągam kurtkę i spokojnie idę sobie do góry. Pusto, w dźwiękach porannego lasu dochodzę do Chatki na Rogaczu. Ładne miejsce, ale do środka się nie wciskam; siadam na zewnątrz i podziwiam panoramę na Skrzyczne. Łyk wody i idę dalej, zachwycając się leśnymi skarbami i intensywnie różową naparstnicą, dodającą koloru bezsłonecznemu porankowi.
Przechodzę przez Rogacz, szlak biegnie spokojnie, idzie mi się dobrze. Szybko dochodzę do Schroniska PTTK na Magurce Wilkowickiej, ale mijam je (za wcześnie na przerwę) i idę dalej, niebieskim szlakiem na Czupel.
To spokojny spacer, prawie po płaskim. Ludzi niewiele, kilka osób idących z naprzeciwka. A po drodze smaczki, widoki.
Kamienne kopczyki otaczają też Czupel - nie pamiętam ich z wcześniejszego pobytu na tym szczycie. Znowu łyk wody i ruszam z powrotem, szybkim krokiem - wyszło słońce i od razu wstąpiła we mnie dodatkowa energia!
W schronisku skusiłam się na jagodziankę - średnia (ciasto ok ale nadzienie słabe), zjadam na trawie, cieszę się słońcem, zielenią, błękitem.
Ale ile można siedzieć... pora ruszać w drogę powrotną. Postanawiam wrócić trochę innym szlakiem - żółtym przez Rogacz, a potem dalej żółtym aż przeskoczę na czarny. To był dobry wybór - towarzyszył mi tu tylko świergot ptaków, minęło mnie tylko kilka osób. Zejście zróżnicowane - żółty szlak początkowo łagodny, potem odcinek stromszy, aż doPrzełęczy Łysa, gdzie przeskakuje na czarny szlak; Tu spokojnie w dół, aż do szerokiej drogi przy starej hucie (został tylko komin).
Cała trasa bardzo przyjemna, w większości spacerowa. Pogoda wytrzymała, słońce dopisało. Dobry nastrój też. 14km w nogach, w głowie dużo pięknych wrażeń, myśli przewiane; tego mi było trzeba. Samotne wędrówki mają inny wymiar, więcej uważności i skupienia na sobie.
A tak wyglądała trasa wg https://mapa-turystyczna.pl