Tarvisio, Camporosso

To już czwarty nasz wyjazd na narciarskie ferie w to miejsce (poprzednio w 2017, 2015, 2013-tym). Czwarty raz ten sam hotel (Residence Camporosso duo). Szczerze mówiąc nie miałam ochoty jechać znów w to samo miejsce - zero atrakcji bo wszystko mi znane i wiem czego się spodziewać. Ale dałam się skusić ceną i towarzystwem. Więc nie będę się rozpływać nad miejscami, atmosferą itp., to już było we postach z wcześniejszych lat. Będzie lakonicznie.
Podsumowując cały wyjazd mogę śmiało powiedzieć, że było ok. Bez szału ale bez złych chwil, na pewno znajdzie się parę wartych wspominania. Na nartach jeździłam mniej niż w poprzednich latach za sprawą pogody; ale brak atrakcji na stoku (bo znam każdą trasę dobrze) dał mi się odczuć

To co jest zmienne przy każdej wizycie w Tarvisio i Camporosso to pogoda - o tym jeszcze będzie. Nas powitała zima bardzo ciepła i mało śnieżna. Taki widok z apartamentu na nas czekał w niedzielny poranek.


Pierwszy dzień jazdy to rozruch, na spokojnie bo niedziela i dużo miejscowych - a tym samym warunki narciarskie mniej komfortowe. Standardowo ruszamy na Monte Florianca. Słoneczny dzień (choć ciepły), ładne widoki na Alpy Julijskie. Szusujemy spokojnie, tłok jak na polskich stokach choć i tak kolejki do wyciągów minimalne. Jest miło.







Ze szczytu Florianki widać klasztor i kolejkę na Monte Lusarri. Dzisiaj nie chce nam się tam przeprawiać, zostawiamy to sobie na inne dni, jak już trochę się rozruszamy.


Na Monte Lussari jedziemy w środę. Pogoda jest gorsza, na szczycie mgła, zastaje nas taki widok:


Jak wygląda to miejsce można sprawdzić tu: 2017/01/monte-lussari-2017 lub tu: 2015/02/monte-lussari.

Ale mimo mglistego/ chmurnego szczytu, jeździ się nam tu fajnie, ludzi mało i warunki świetne.