Tatry. Mały Kościelec 1863m n.p.m., Karb 1853m n.p.m.

Tatry zawsze były dla mnie pięknym miejscem do wędrówek, choć mniej dostępnym ze względu na odległość - na jeden dzień za daleko bo dojazd długi, na weekend to kwestia logistyki i kosztów. Ale kilka razy ostatnio się udało jechać, więc stały się znowu trochę bliższe. Kiedy podczas lipcowej wycieczki na Halę Krupową padło temat Tatr, znalazło się grono chętnych; i choć czasy epidemii zweryfikowały pewne plany, to udało się w kilka osób wybrać na weekend w Tatry. 

Tym razem baza wypadowa w Murzasichle, celem są Tatry Wysokie, a dokładnie Czarny Staw Gąsienicowy. Po piątkowej, wieczornej aklimatyzacji, w sobotnie rano ruszamy do Kuźnic aby stamtąd zacząć wędrówkę. Nie byłam tu... ok 23 lata!!  W czasie liceum i studiów bywałam tu często, potem długo, długo nic... Więc było to jak gra w memory, rozpoznawanie miejsc i wyłapywanie różnic co się zmieniło. Trochę sentymentalnie...

Ale wróćmy na szlak. Będąc ok.8:20 rano pod wejściem do TPN stoimy w kolejce 5-8 minut, co jest dla mnie zaskoczeniem bo nie spodziewałam się takiego ogonka - a może po prostu nie zdawałam sobie sprawy, że w Tatry trzeba ruszać wcześniej?! Jak już bilecik kupiony ruszamy niebieskim szlakiem przez Boczań do Hali Gąsienicowej. Dodam, że dzień zapowiada się upalnie, od samego rana jest bardzo ciepło, słońce praży a niebo bezchmurne.

Początek ja zawsze "zaskakuje" że trzeba iść pod górę i wymusza sapanie. Taki już urok pieszych wędrówek, więc się cieszę i dziękuję za cień w lesie. Kiedy już wychodzę z lasu i przed nami otwiera się piękna panorama, na Kasprowy Wierch i Giewont, to wiem, że warto było. Rozglądając sie na boki i patrząc pod nogi, idę wraz z wieloma innymi piechurami - jest dosyć dużo turystów na szlaku ale liczyłam się z tym. Więc spokojnie noga za nogą idę, sapię, cieszę się.

Kiedy dochodzimy do Hali Gąsienicowej i spośród drzew pojawia się błękit nieba i dachy bacówek, czuję się dreszczyk.  Przede mną błękit nieba, szaro-zieloność gór i róż wierzbówki kiprzycy. I pierwszy raz widzę to co pokazują zdjęcia na FB czy Insta. Tu nie trzeba nic podkoloryzowywać i retuszować. Jest po prostu cudownie, bajecznie, idealnie.

Siadamy przy Betlejemce i robimy przerwę na popas. A potem dalej wędrujemy niebieskim szlakiem w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. Co prawda idziemy "w pielgrzymce" (człowiek za człowiekiem) ale w dobrym towarzystwie, przy rozmowie, nie narzekam. 

A nad stawem pięknie, zwłaszcza jak się siądzie nad samym brzegiem, zostawi tłum ludzi za sobą a przed oczami ma tylko góry odbijające się w tafli wody.

Gdy już oczy się nacieszą widokiem ruszamy dalej, czarnym szlakiem na Karb. Podejście daje w kość, nie dość że stromo i idzie się jak po schodach, to prażące słońce (jest ok 26-28st.C) nie pomaga. Więc częste przystanki - aby złapać oddech i podziwiać widoki, w takim stylu, powoli zdobywam kolejne metry przewyższenia. 

Na grzbiecie ulga że to już koniec. Siadamy na szczycie Małego Kościelca i rozkoszujemy się przepięknymi widokami. Idealne miejsce na sesję zdjęciową, więc dajemy upust wyobraźni, co chwila nowe pomysły.


Karb był celem naszej wyprawy. Jako że Kościelec górował nad nami i był "na wyciągnięcie ręki" część osób postanowiła zdobyć ten szczyt. Ja spasowałam. Nie miałam tego w swych celach na ten dzień jak to mówię w żartach - nie byłam gotowa psychicznie i bałam się, że fizycznie nie dam rady (wiedziałam, że podejście jest ciężkie). Więc z małym cieniem smutku nad swoją słabością, ale w pełni akceptując sytuację, zeszłam w dół  niebieskim szlakiem do Doliny Zielonej Gąsienicowej, a dalej czarnym i żółtym do Schroniska na Hali Gąsienicowej. Bardzo tu malowniczo, wśród wody, zieleni traw przeplatanej kolorami kwiatów; a wszystko przy szumie strumyka.

W Murowańcu oczywiście tłumy, nie narzekam, to było do przewidzenia. A jest na szczęście zimne piwo i stolik w cieniu, więc odpoczywam, rozmawiam. Trochę się dłuży oczekiwanie na "grupę szczytującą" ale cóż... Gdy już się spotykamy i każdy jest gotowy - wracamy. Znowu niebieskim szlakiem w stronę Kuźnic. Ale dla odmiany na Karczmisku (Przełęcz między Kopami) odbijamy na szlak żółty i schodzimy przez Dolinę Jaworzynka z powrotem do wejścia do TPN przy potoku Bystra.

To była długa, wyczerpująca wycieczka, zmęczyła mnie pogoda i wysiłek fizyczny. A trochę też brak wiary w swoje siły i słaba forma fizyczna. Trud wędrówki jednak wynagrodziło mi piękno przyrody, spokój gór, surowość skał i feria barw. I dobre towarzystwo oczywiście. Wewnętrznie podbudowana , pełna uczuć i wrażeń wiem, że to był bardzo, bardzo dobry dzień.

p.s. była też refleksja, sentymentalne wspomnienie: w czasach liceum wdrapałam się na Kozią Przełęcz; był plan na Orlą Perć ale ja nie odważyłam się na dalszą wędrówkę, drabinka mnie wystraszyła i zeszłam w dół (wówczas jeszcze szlak był otwarty w obie strony). Ach, młodość ma swoje prawa! Wspomnienia pozostały, może zerknę do starych albumów...

I nic innego nie pozostaje na razie jak planować kolejne tatrzańskie wędrówki.