Szycie - drugie życie sukienki.
Moja mama jest krawcową. Ja niestety nie nabyłam zbyt wielkich umiejętności w tej dziedzinie - często mama patrząc jak się zmagam z jakimś szyciem mówiła "daj ja to zrobię będzie szybciej". Ale cośtam potrafię uszyć, jest to raczej pod wpływem chwili i jakiegoś pomysłu. Tak jak teraz.
Pomysł pojawił się pierwszy - torba na matę do jogi. Skąd wziąć materiał? Ponieważ nie wiedziałam czy ten pomysł w ogóle wypali, nie chciałam wydawać pieniędzy na materiał, postanowiłam sięgnąć do przepastnych magazynów mojej mamy. Grzebiąc w pudle ze szmatami na strychu, natrafiłam na taką sukienkę.
Sukienka chyba mojej ciotki Ireny, sprzed pewnie 30 lat (w gatunku 100% podłego poliestru), ale urzekł mnie wzór materiału "paisley", u nas nazywany też pijawkami. Zabieram go więc, mimo iż kolory nie pasujące do maty (ach ta estetyka!).
Najpierw kroję odpowiednie kawałki - pojawia się ekscytacja i dreszczyk adrenaliny, ciekawość co z tego wyjdzie. Ale też i motywacja by bawić się dalej. Dokupuję dodatki na pasek do torby i zamek - 17zł. I w spokojny wieczór siadam do maszyny.
Wszechświat był dla mnie łaskawy bo materiał się dobrze szył, nie było zrywanych nitek, prucia i poprawiania. Nawet zamek wyszedł za pierwszym razem! Nic tak nie motywuje jak widoczne postępy pracy. I choć nie udało mi się skończyć w jeden wieczór, to następnego dnia rano wykonałam ostatnie szwy przy pasku - i voila!
Mała rzecz a tyle radości. I duma. Tak zwane "robótki ręczne" to dla mnie zawsze coś wyjątkowo cennego. Kreacja, tworzenie, pokazanie umiejętności i zdolności; ale też sprawdzenie siebie. I ogromna satysfakcja z dzieła, z wytrwałości, z dążenia do celu i jego osiągnięcia. Nawet jak to tylko worek. Ale jest unikatowy, jedyny na świecie. Jest w duchu zero-waste, recyclingu, drugiego życia, powrotu do przeszłości. I jest mój. I jest w nim cząstka mnie.
Dlatego też uważam że taka błaha czynność wymaga uwiecznienia na blogu.