Dolomity. Santa Cristina Valgardena

 W tym roku sezon narciarski bardzo, bardzo nietypowy. Mocno po feriach, bo Syn nie chciał w ogóle wyjeżdżać, więc nie było motywacji. Ostatecznie udało mi się samej (bez rodziny) wyskoczyć do Italii na trzy dni szusowania w Dolomitach.

Nasza baza to małe miasteczko Santa Cristina Valgardena. Zajeżdżamy w środowe popołudnie i wita nas taki widok z okna, na masyw Sassolungo.


Zresztą ten widok mi towarzyszył codziennie, zawsze inny, zawsze piękny.



Miasteczko nieduże, mało w nim życia, jest spokojni ale też urokliwie. Najczęściej przemykaliśmy z nartami - albo na stok więc szybko żeby pojeździć; albo wracając, zmęczeni. Znaleźliśmy jeden sklepik z pamiątkami, ale serwisów narciarskich i sklepów typu Intersport chyba z 10. Taki klimat: narciarsko - alpejski. Budynki w tyrolskim stylu zawsze mi się podobają. Co mnie zaskoczyło, to dużo sklepików z drewnianym rzeźbami - to chyba lokalna specjalność. Nad miasteczkiem wznosi się też mały zamek, ale widziałam go bliżej tylko od strony stoku narciarskiego (stąd siatka).


Teraz, pisząc tego posta, zdałam sobie sprawę jak niewiele widziałam w Santa Cristina. I nawet fotek nie mam tych fajnych miejsc... no nic. Ale w sumie to nie był wyjazd turystyczno - krajobrazowy, na relaks i zwiedzanie. To był, jak mówił kolega "obóz kondycyjny", bo naszym celem było tylko i wyłącznie narciarstwo.

Wyjeździłam się na nartach to na maksa. Bo ten rejon - Sella Ronda, to mekka narciarzy. I faktycznie, jest mnóstwo, mnóstwo tras o różnej trudności, kilka ośrodków połączonych ze sobą żeby objechać na nartach masyw Sella dookoła (zielona albo pomarańczowa ścieżka, w zależności w którą stronę się jedzie). Do tego w każdym ośrodku narciarskim mnóstwo lokalnych stoków. Obłęd!! Do tego ilość narciarzy taka w sam raz, bez większych kolejek do wyciągów i z miejscem na stoku do spokojnej, przyjemnej jazdy.

O narciarskich wyczynach w kolejnych postach. Napiszę tylko, że spędziłam świetny czas!