Powrót w Tatry od sylwestrowego czasu. Tęskniłam, wyczekiwałam przyjścia wiosny i dobrej pogody. Koleżanka, też stęskniona za tatrzańskimi wędrówkami, rzuciła termin i pytanie: "Ja jadę, a Ty?" No ba!!
I choć prognozy pogody nie były zbyt korzystne, to wyszłam z założenia, że jak nie teraz to kiedy? Jadę, lekko sceptyczna czy pogoda nie spłata nam figla. Plan był na piątkowe dojście do schroniska, sobotnią wędrówkę i powrót.
W piątek po pracy ruszamy do Kościeliska. Dzień od rana był zimny i mokry, z nieba leciał kapuśniaczek. Kiedy dojechaliśmy pod Tatry, trzeba było założyć peleryny, i wieczorny spacer przez Dolinę Kościeliska, do Schroniska na Hali Ornak odbył się w deszczu. Mało optymistycznie, co nie? Dochodzimy do schroniska przed 21wszą, ogrzewamy się herbatą i cieszymy, że tu jesteśmy - to schronisko ma bardzo ciepły klimat, lubię je bardzo.
Po nocy przespanej "na glebie" budzimy się rano, ale rozruch mamy powolny, bez pośpiechu. Cieszy nas błękit nieba, budzi nadzieję, że może nie będzie tak źle z warunkami pogodowymi...
Ruszamy zielonym szlakiem przez Dolinę Tomanową. Bardzo przyjemnie idzie się przez wilgotny las wśród śpiewu ptaków. Potem soczysto-zielona polana w słońcu. I dalej, do góry, po coraz piękniejsze widoki. Piękny jest ten szlak, daje mi dużo radości. I nawet spotykamy kozicę!
Dochodzimy do Chudej Przełączki, gdzie chwilę odpoczywamy, przed "atakiem szczytowym".
Oj, dalsza droga to dla mnie mordęga, muszę to przyznać. Szlak idzie ostro do góry, sapię jak parowóz, nogi słabe, ciężkie, morale niskie... na szczęście widoki zacne.
Ale udaje się, zmęczona wdrapuję się na Ciemniak. I u dopamina już uderza, że się udało! Pora na zdjęcia i podziwianie widoków.
Niebo pochmurne, więc obawiając się jak długo pogoda się utrzyma, ruszamy dalej. Zanim wejdziemy na Krzesanicę, musimy trochę zejść w dół, aby potem znowu do góry. Ale na szczęście krótkie odcinki, więc pokonuje się je dobrze.
Na Krzesanicy znowu widoki - teoretycznie te same ale wydają się inne. I znowu dół - góra, na Małołączniak. Tu na szlaku dwie kozice, spokojne, ale czujne, unikające kontaktu.
Na Małołączniaku podziwiamy panoramę od Giewontu, przez Kasprowy, po granie Tatr Wysokich.
Schodzimy w dół niebieskim szlakiem, który okazuje się niedługo po ruszeniu stromą ścieżką skalnych schodów w dół. Nogi bolą strasznie. Czujnie idziemy w dół. Potem łańcuchy, i jeszcze trochę po kamiennych stopniach stromo. A potem do kamieni dochodzi w zestawie... błoto! Śliskie, podcinające nogi, idzie się źle bo łatwo o błąd; na mokrych kamieniach nie lepiej. Schodzimy w dół cały czas, więc jest to męczące i irytujące, bo jakoś nie widać aby miało się to skońćzyć. Zaliczam kilka mniejszych poślizgnieć na błotku, raz ląduję na tyłku i plecaku. Uh... grunt że nogi całe.
Z ulgą dostrzegam na mapie w zegarku, że już niedaleko Droga nad Reglami i czarny szlak.
Wychodzimy na Przysłop Miętusi i ogarnia nas ogromna radość. Ciepło, wręcz upalnie, słonecznie, zielono. Sielsko. Zalegamy na trawie i cieszymy się tym błogim stanem.
Trochę rozleniwieni, z żalem zbieramy się i idziemy w dół czarnym szlakiem, aż do Doliny Kościeliskiej; jeszcze 2km i jesteśmy na parkingu.
Cała trasa bardzo ładna, widokowo rozkoszna, fizycznie męcząca (podejście na Ciemniak i zejście przez Litworowe szczyty, plus błotko), ale dająca ogrom satysfakcji. Tak wyglądała wg https://mapa-turystyczna.p
Cieszę się, że dałam radę, z plecakiem ponad 7kilogramowym na plecach.
Cieszę się, że pogoda dopisała i nie padał deszcz.
Cieszę się, że miałam dobre towarzystwo.
Cieszę się wszystkim co przeżyłam.