Tatry Słowackie. Krywań
Podczas wcześniejszych wypraw w Tatry, padł pomysł aby wejść na Krywań, świętą górę Słowaków. Wakacje minęły w rozjazdach, dopiero teraz znalazł się czas aby się wybrać. Choć prognozy pogody były mało zachęcające, ostatecznie w środę pokazało się na sobotę okienko pogodowe, więc szybka decyzja, jedziemy.
Piątek wieczór w drodze na Słowację był przedsmakiem i obietnicą soboty.
W sobotni wczesny poranek ruszamy na szlak z parkingu Tri Studnicky (6:30) - o dziwo jest tu już mnóstwo samochodów! Niebo jeszcze szarostalowe, poranny chłód, ale maszerujemy pod górę zielonym szlakiem przy wtórze porykująch jeleni i wśród obfitych gron jarzębiny.
Gdy las przechodzi w kosodrzewinę, otwierają się przed nami pierwsze piękne panoramy. Mnie zachwycają kolory już trochę jesienne - fioletowe wrzosy, żółto-brazowa trawa, rudziejące krzewinki.
Zielony szlak prowadzi dalej trawersem aż do Krywańskiego źlebu, gdzie na rozstajach zmieniamy szak na niebieski. Chwilę stromo pod górę po kamieniach i głazach, aż wyjdziemy na grań i ujrzymy cel naszej wędrówki.
Ale najpierw wdrapujemy się na Mały Krywań, gdzie zachwycają mnie widoki.
Idąc dalej na szczyt, widzimy Zielone Krywańskie Jezioro. Teraz szlak to już wspinaczka, z rękami na kamieniach, na czworakach, chwilami łatwiej, chwilami trudniej - zwłaszcza na gładkich płytach bez punktu zaczepienia, zaparcia się butem. Jest adrenalina, przyjemność, ale też duża uważność i czujność.
Gdy już docieramy na szczyt bardzo, bardzo się cieszę! Jest trochę ludzi, ale jakoś mi nie przeszkadza to. Podziwiam widoki, uwieczniam chwilę.
Krywań wyróżnia duży drewniany krzyż, z przyczepioną do niego słowacką flagą. A niżej trochę na skale czekan z napisem Lubo Rybansky 1932-2017
Dłuższą chwilę siedzimy i podziwiamy widoki (wejście zajęło nam 3,5godziny, szlakowskaz pokazywał 4godziny; na szczycie byliśmy zaraz po 10tej rano). Ale pora schodzić, zwłaszcza że coraz wiecej ludzi ciągnie w górę. Początkowy odcinek zejścia to prawie zsuwanie się na tyłku, ostrożen stawianie nóg i podpieranie się rękoma, równocześnie omijając wchodzących do góry.
Gdy dochodzę do Małego Krywania to oddycham z ulgą. Jeszcze kawałek stromizny w dół, do rozstajów. Tam odbijamy na niebieski szlak wiodący łągodnie zboczem, z pięknym widokiem przed oczami na równinę i Niskie Tatry na horyzoncie. Za sobą zostawiamy masyw Krywania.
Zejście jest urokliwe, ale dłuży się, zwłaszcza że słońce mocno nam grzeje - zmęczona dochodzę do rozstajów przy Jamskim Plesie. Chwila odpoczynku dla stóp i jeszcze kawałek do przejścia lesistym trawersem (czerwony szlak), aż w końcu dochodzimy do parkingu.
Cała wycieczka była bardzo udana. Pogoda dopisała bardzo - obawiałam się deszczu, a było wręcz gorąco! Kondycja też była ok, choć nie była to moja szczytowa forma, ale powoli dałam radę. Widokowo - miód malina. To był bardzo dobry dzień. Jestem pełna wdzięczności i szczęścia.
Rysunek trasy wg. https://mapa-turystyczna.pl przedstawia się tak:
A na koniec, słowa docenienia dla świetnej miejscówki https://serenitypribylina.sk/ - komfortowo, bardzo ładnie, z dobrym klimatem. Chętnie tu wrócę.



















