KPG - Góry Stołowe, Szczeliniec Wielki 919m n.p.m.

Moja kolejna wyprawa z PTTK Katowice na najwyższe szczyty polskich gór. Tym razem miało być oryginalnie bo z podziwianiem wschodu słońca ze szczytu Szczelińca. Niestety ostatecznie okazało się, ze zarząd Parku Narodowego nie wydał nam zgody na nocne wejście ze względu na trudne warunki na szlaku (przez ostatnie dni mocno padało). Wielka szkoda... Nasz przewodnik wybrał inne miejsce na podziwianie jak dzień się budzi - Skały Puchacza. Nocne przejście w tak wielkiej grupie jest łatwe bo droga dobrze oświetlona, mimo iż podejście w jednym miejscu mocno strome. Po dojściu na szczyt szukamy miejsca z którego będzie najlepszy widok na wschód słońca - ale okazuje się że bezpośredni widok zasłania las... tyle tylko udaje się nam zobaczyć. I zaraz po godzinie wschodu (piąta z groszami) ruszamy dalej bo nie ma na co siedzieć i marznąć w bezruchu. Idąc szlakiem niebieskim w kierunku Karłowa widzimy jak złota kula rozpoczyna podróż po niebie. Szkoda bardzo że wschód słońca okazał się niewypałem, trochę mnie to kwasi bo mogło być magicznie. Zastanawiam się czy reszta dnia będzie lepsza...


Wędrówka w kierunku Karłowa robi się przyjemniejsza gdy zaczynamy dostrzegać pierwsze skalne formy Gór Stołowych, miedziane od porannych promieni słońca. Od razu przypomina mi się Skalne Miasto w Ardspach.



Zahaczamy również o Fort Karola na górze Ptak skąd rozciąga się piękny widok. 

 

Maszerujemy dalej do Karłowa. Jesteśmy tu wcześnie bardzo bo około 7mej, jarmarczne budki jeszcze pozamykane, jest cicho i bezludnie. Wchodzimy więc na Szczeliniec - szlak jednokierunkowy pnie się schodkami do góry a wokół omszałe skały.


Docieramy do Schroniska PTTK na Szczelińcu przed jego otwarciem, więc robimy dłuższą przerwę na poranna kawę i herbatkę, siedząc sobie na tarasie podziwiamy panoramę - Pasterka oraz czeska część Gór Stołowych.


Cel naszej wędrówki wciąż przed nami ale już blisko, tuż tuż. Kilka kroków dalej (po opłaceniu wejścia do Parku Narodowego) wdrapujemy się na taras widokowy na Szczelińcu Wielkim - Fotel Liczyrzepy. Tu obowiązkowe zdjęcie z tzw. szczytu.  Piękna panorama wokół, piękna pogoda, już wiem że to będzie bardzo, bardzo dobry dzień. A tuż obok kolejna skalna formacja przypominająca swym kształtem "coś"- Wielbłąd.


Cała wędrówka po Szczelińcu okazała się świetną zabawą w rozpoznawanie skalnych kształtów oraz pokonywanie ścieżek wijących się w skalnym labiryncie. Malowniczo i tajemniczo, szarość skał, zieleń przyrody i błękit nieba. Każdy zaułek nas zachwyca, czuję się jak krasnoludek w bajkowej krainie. Mijamy skalną Małpę, schodzimy do Diabelskiej Kuchni i idziemy przez błotniste Piekiełko. Każde miejsce jest niesamowite, gdzie nie skieruję wzroku widzę coś pięknego.




Niektóre przejścia są wąskie i niskie co dodaje frajdy pokonywaniu kolejnych fragmentów skalnego labiryntu. Co chwila zatrzymuję się na zdjęcie i kolejne Achy i Ochy. Uśmiech nie schodzi mi z twarzy, a Kwoka siedzi sobie spokojnie niewzruszona  moją obecnością. Z tarasów widokowych podziwiam panoramę, cudownie i spokojnie tu (o tej porze jesteśmy jedynymi turystami!), jaka szkoda że to już koniec i muszę już zejść na dół. 
Szczeliniec Wielki jest niesamowitym miejscem - przeuroczym, przeciekawym, nietypowym jeśli chodzi o zdobywanie szczytów (choć typowym dla tego pasma górskiego). Polecam dużym i małym. Chętnie tu wrócę.



Kierujemy się do Radkowa bo tam ma się skończyć nasza wędrówka. Ale najpierw przystanek w Schronisku Pasterka i świetne, ogromne pierogi, mniam!! W dalszą drogę udajemy się żółtym szlakiem, potem zmiana koloru na niebieski i czerwony (sporo tu szlaków krzyżujących się więc trzeba uważać i dobrze się nawigować). Idziemy fragmentem Szosy Stu Zakrętów do Stroczego Zakrętu - bardzo malownicza tras bo z za szyb samochodów można podziwiać skalne formacje. Ale zaraz wchodzimy z powrotem w las koło Radkowskich Bastionów i Filary Skalne. Bardzo malownicze miejsce. 


Leśną ścieżką miękką od igliwia schodzimy w dół do Radkowa. Organizm ciągnie już na rezerwie bo bo jestem prawie 12 godzin "na nogach", człapanie asfaltem do ryneczku się dłuży ale trzeba zagryźć zęby i pokonać jeszcze ostatni kilometr. Nagrodą będzie zimne piwo Benediktin. Oczywiście jak tylko siadam w autokarze zasypiam głębokim snem...

To była świetna wycieczka, choć męcząca. W nogach prawie 29km marszu. Dopisała pogoda, towarzystwo i nastroje, forma fizyczna w sumie też. A przyroda jak zwykle obdarowała mnie niesamowitymi wrażeniami. Góry Stołowe są piękne, zupełnie inne od innych pasm górskich, dlatego warto je zobaczyć.