Na Baranią Górę malinowym szlakiem
Niedziela upalna, słoneczna, choć w prognozach burzowa. Zamiast wybrać się nad wodę i chłodzić w cieniu ja z koleżanką fundujemy sobie "spacer" na Baranią Górę. Wybieramy trasę z Węgierskiej Górki bo bardziej malownicza i mniej tuptania asfaltem; długość 26km ale dla nas to wydaje się ok.
Od samego początku towarzyszy nam słońce, gorący żar lejący się na nasze plecy i zmieniający się błyskawicznie w kropelki potu. Jak zawsze początek szlaku (idziemy czerwonym) to mozolne zdobywanie wysokości, w tych tropikalnych warunkach jest to bardzo męczące ale się nie poddajemy - woda w plecaku znika szybko a my idziemy dalej i dalej.
Od początku towarzyszą nam też malinowe przystanki - dzikie krzaczki mają tyle owoców że nie da się nie zatrzymać, choć zrywamy tylko te blisko ścieżki (później dostaniemy ostrzeżenie o żmijach). Słodkie, ciepłe, soczyste. Pychotka. Tak od krzaczka do krzaczka dobrze się idzie - w sumie cały dzień podjadamy, jak nie maliny to jeżyny jak tylko któreś już są dojrzałe.
Gdy wychodzimy na Halę Radziechowską szlak robi się łagodniejszy, podziwiamy widoki i spokojnie wędrujemy dalej.
Na szczyt docieramy przy lekko pochmurnym niebie - czyżby miało lunąć?! Jest trochę ludzi ale na dużej polanie rozpraszają się i nie dokucza mi to. Wcinamy kanapeczki i odpoczywamy.
Trasa powrotna w dobrych humorach, z malinkami na boku, idzie się przyjemnie. Kierujemy się do Węgierskiej Górki najpierw czarnym szlakiem w stronę Kamesznicy, potem odbijamy na zielony szlak który najpierw prowadzi nas w dół do Kamesznicy-Złatnej, by znowu piąć się do góry i omijając sam szczyt Czerwieńskiej Grapy doprowadzić nas do punktu startu. I choć mniej tu malin, to za to są grzyby - kozaki pchają się nam do rączek.
Bardzo przyjemna wycieczka, malownicza i urozmaicona. Zdobyczne maliny zjedzone od razu, z grzybków pyszny sosik. Ze strat obdarta noga i nadwyrężona kostka - zdarza się.
Dobrze spędzony dzień, pełen relaks i odpoczynek psychiczny.