KPG - Góry Złote - Kowadło 989m n.p.m, Góry Bialskie - Rudawiec 112m n.pm.m
Epidemia powoli stała się częścią codziennego życia, więc żyjmy dalej i realizujmy plany na tyle na ile się da. Ja z wytęsknieniem czekałam aż będzie można iść w góry. Ale gdy już to się stało i zaczęłam snuć plany - pogoda zaczęła kaprysić i ciężko znaleźć cały słoneczny weekend. Nie odpuszczałam jednak. Namówiłam - wreszcie!! - mego Męża na pokonywanie gór na rowerze podczas gdy ja będę wędrować. Śledzenie pogody i analiza prognoz aby trafić w "okienko pogodowe". Ostatecznie w środku tygodnia, a dokładniej we wtorkowe popołudnie ruszamy do Stronia Śląskiego.
Mój cel to dwa szczyty oddalone od siebie o kilka kilometrów ale zaliczane do osobnych pasm górskich. Zaczynamy w Bielicach o poranku, tak przed 10-tą rano. Po nocnej ulewie jest mokro, nad drzewami unosi się mgła, ale słońce się przebija przez chmury. Na pierwszy ogień Kowadło - krótsza trasa ale bardziej stroma. Początkowo szeroką drogą rozgrzewamy się by skręcić w las i piąć się do góry przez las. Rower niestety nie wszędzie daje radę ale Mąż walczy dzielnie. Idziemy głównie przez las więc nie ma widoków - dopiero przed szczytem mała panoramka na Sudeckie szczyty. Po kilkudziesięciu metrach pod górę zdobywamy najwyższy szczyt Gór Złotych.
Odpoczywamy i cieszymy się spokojem; ładnie tu choć bez widoków wokół. Ale to dopiero 1/3 wspinaczki tego dnia. Więc schodzę w dół - Mąż szczęściarz dużo szybciej na dwóch kołach dociera do drogi w dolinie - i ruszamy dalej wzdłuż potoku zielonym szlakiem na Rudawiec.
Słonecznie i przyjemnie się wędruje. Ale w końcu szlak skręca by zacząć "zdobywać wysokość" czyli sapanie pod górę. Pierwszy odcinek stromy i kamienisty - rower odpada. Dalej idę więc sama. Blisko 1/3 szlaku, początkowa część, to pięcie się pod górę po kamieniach i korzeniach. Potem robi się łagodniej. W zielonym lesie słychać tylko mój oddech i śpiew ptaków. Wchodzę w obszar rezerwatu Puszcza Śnieżnej Białki - las tu inny, bukowy, spokojny. Szlak chwilami wiedzie prawie płasko, wije się między drzewami. Obok ścieżki ziemia zryta - dziki? Przyspieszam trochę kroku.
Dochodzę do granicy, tu szlak biegnie płasko, szeroko, ale błotniście. I tak aż do szczytu.
Wita mnie na szczycie piękne słońce, z radością i satysfakcją piję herbatkę i łapię zasięg telefonu. Ale śpieszę się w dół, do Męża. Schodzę więc na dół do parkingu przy leśniczówce.
Piękna wycieczka, choć bez widokowych miejsc to nacieszyłam się zielenią lasów i śpiewem ptaków, spokojem bez turystów. I oczywiście bardzo się cieszę że kolejne stopnie do celu zdobyte.
Jeszcze dwa.