Tatry Słowackie. Chata pri Zelenom Plese

 Kiedy w październiku 2024 byliśmy na Koprowym Wierchu, pełni zachwytów na słowackimi Tatrami (widoki, trasy, ilość turystów, itp.), wyznaczyliśmy sobie kolejne szczyty do zdobycia. Jednym z nich był Jagnięcy Szczyt. Dlatego też od razu, w listopadzie, zrobiłam rezerwację noclegów na długi czerwcowy weekend Bożego Ciała (oddam że rezerwując pół roku wcześniej było tylko 12 miejsc dostępnych). 

Czas leciał, rezerwacja trwała. Teraz nadszedł czas na jej wykorzystanie - i zrealizowanie naszych górskich planów.

W bożociałowy czwartek ruszamy na Słowację. Parkujemy przy żółtym szlaku i wczesnym popołudniem, bez pośpiechy, ruszamy z plecakami przez Kieżmarską Dolinę Białej Wody. Niebo pochmurne, ale jest ciepło. Idziemy pełni energii i radości z naszego spotkania. Szlak jest trochę żmudny, kamienisty - więc nie idzie się za lekko. Przy rozstajach Salvovy Pramen wybieramy dalej szlak żółty, przez Dolinę Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Potok umila wędrówkę, jest urokliwy.

Do schroniska dochodzę w pierwszych kroplach deszczu. Ciężkie chmury budują klimat tajemniczości, szczyty ukryte przed moimi oczami - a widok i tak zachwycający. 

Wieczór spędzamy schroniskowo, za oknem pada deszcz, co nas martwi - czy dobre prognozy pogody na kolejny dzień się sprawdzą? Ale kolejny dzień będzie w kolejnym poście. Tutaj skupię się nad stawem i schroniskiem, bo to miejsce wyjątkowe. 

Schronisko jest położone nad samym brzegiem, trochę powyżej tafli wody. Wokół ławki aby podziwiać widoki. I rzeźba anioła.


Budynek sam w sobie jest klasyczny, drewniany z kamiennymi podmurówkami. W środku schroniskowy klimat, bez zarzutu, obsługa miła, czysto, smacznie. Mnie się podobało, z kotami, psami, skórami na ławach. I widokiem z okna.



Jezioro można obejść dookoła, aby zobaczyć schronisko z innej perspektywy. My wdrapujemy się pod wodospad, który sam w sobie nie jest jakiś wyjątkowy, ale widok na dolinę w południowym słońcu piękny.

Staw zachwyca kolorem wody - krystalicznie czysta, z zielono - turkusowym odcieniem. Miałam to szczęście, że wychodziliśmy ze schroniska rano, wracaliśmy po południu, kiedy już tłumy turystów się "przewaliły", więc nie czułam przytłoczenia obecnością innych. To miejsce z majestatem gór, tak wysokich i tak blisko, że trzeba zadzierać głowę, a pod nogami zielona tafla jeziora. Bajka. Cudne miejsce, chyba drugie ulubione, po karkonoskiej Samotni. 




Widok na jezioro był  piękny przy każdej pogodzie. Ale najbardziej spektakularny o wschodzie słońca. Patrząc na wschód, widziało się to.


Ale odwracając głowę w stronę gór.... To chyba najpiękniejsze co widziałam w ten weekend.


Ogólnie zachwyt, zachwyt, zachwyt!! Chociaż do schroniska idzie się długo i żmudnie, to zdecydowanie warto zobaczyć to cudowne miejsce.

A trasa wg. https://mapa-turystyczna.pl/ wygląda tak.