Tatry Słowackie. Wielka Świstówka

 Po wyprawie na Jagnięcy Szczyt, następny dzień powinnam była spędzić na lajtowym spacerze aby się zregenerować. Nic bardziej mylnego. Kolega wymyślił "spacer" tatrzańską magistralą do Tatrzańskiej Łomnicy. Takie 20km. Hm... I wszystko byłoby ok gdyby nie to, że najpierw trzeba wdrapać się na Wielką Świstówkę a na końcu żmudnie wracać doliną Kieżmarskiej Białej Wody. Ale po kolei...

Po wczesnym śniadaniu, ruszamy ze Chaty pri Zelenom Plesie czerwonym szlakiem, biegnącym początkowo łagodnie, ale z czasem robiącym się bardziej stromym. Dochodzimy też do łańcuchów; jak je pokonamy to mamy piękny widok.

Dalej szlak zaczyna "zygzakować", więc mozolnie krok za krokiem, zakręt za zakrętem. Ale widoki cudne!!


Powolutku pnę się do góry, przed przełęczą ścieżka uroczo trawersuje zbocze. Na Przełęczy pod Wielką Świstówką odpoczywamy, a zadowoleni z wejścia tak wysoko, postanawiamy... iść jeszcze wyżej czyli na Wielką Świstówkę, jakieś 100-200m dalej. I tak oto zdobywam kolejny szczyt. I podziwiam z niego gdzie byłam wczoraj.

Dalej zejście Magistralą Tatrzańską (czerwony szlak) - tłumy ludzi idących na przeciw, przed nami. Więc spokojnie, bez stresu dochodzę do Łomnickiego Stawu (Skalnatego Plesa). Szczyt Tatrzańskiej Łomnicy robi na mnie wrażenie jak zwykle - srogi, odległy, nieosiągalny.
Po przerwie i dyskusji co dalej (zejście czy zjazd kolejką), ostatecznie wybieramy wariant pieszy. Schodzimy w dół stokiem narciarskim (zielony szlak) niezbyt przyjemnie bo dosyć stromo; jedyna zaleta to ta, że schodzi się szybko. Dochodzimy do dolnej stacji kolejki Start, stąd zaczyna się asfaltowa droga (uwaga na zjeżdżające gokarty!), która po dobrym kilometrze marszu z powrotem zamienia się w leśny szlak. Na szczęście, bo zrobiło się ciepło, wręcz gorąco w promieniach słońca. Dochodzimy przez park aż do stacji "Elektriczki", czyli kolejki łączącej kilka głównych miejsc wzdłuż pasma Tatr.
Tu robimy przerwę na popas w włoskiej restauracji "La Famiglia", ale tym razem jestem rozczarowana (zwłaszcza Aperolem, słabym i dziwnym w smaku; pizza przeciętna).

Jak już się posililiśmy, to musimy wrócić do naszego schroniska. Więc najpierw kawałek chodnikiem wzdłuż drogi, aż do miejsca Tatranske Matliare, gdzie zaczyna się niebieski szlak. Wybieramy go na dalszą wędrówkę i spokojnie przez las idziemy, aż do rozstajów Nad Matliarmi. Wychodzimy na żółty szlak biegnący Kieżmarską Doliną Białej Wody, ten którym przyszliśmy pierwszego dnia, kamienisty i niezbyt przyjemny dla zmęczonych nóg; ale co zrobić, trzeba iść. 

A żeby było ciekawiej, postanawiamy wybrać wariant przez Velke Biele Pleso, bo to tylko 20min. dalej. Tak więc na rozstajach Salviovy Pramen skręcamy na niebieski szlak. Początkowo przez las idzie się jako - tako. Ale potem zaczynają się nierówne kamienie, strome podejście. Uh... już na prawdę nie mam siły w nogach, idę bo wiem, że nie mam wyjścia - bez przyjemności. Dłuży mi się ta droga strasznie. 
Do Wielkiego Białego Stawu (Velke Biele Pleso) dochodzę zmęczona i... rozczarowuję się srogo, bo widok nie za ciekawy, staw ukryty wśród kosodrzewiny, prawie niewidoczny w zachodzącym słońcu. Wkurzona śmieję się z samej siebie. Ale co tam. Chwilę odpoczywamy, zbieramy siły w ostatnich promieniach słońca. I ruszamy czerwonym szlakiem w stronę Chaty Przy Zielonym Stawie, mijając mały, uroczy stawik Trojrohe Pleso.
I na dziś, trzeci dzień wędrowania, to wszystko. Jestem kompletnie wykończona, ale i szczęśliwa, bo cały dzień był dobry, a niektóre odcinki przepiękne.

Trasa mniej więcej wyglądała tak (wg https://mapa-turystyczna.pl/):


Niedziela to powrót do domu, ostatnia kawa przed schroniskiem i żmudne dreptanie po kamieniach z powrotem do parkingu (żółty szlak).


Cały pobyt był dla mnie wręcz idealny, czuję spełnienie i satysfakcję. Dumę, że dałam radę i bezpiecznie pokonałam wszystkie trudności na szlaku; ale też w sobie samej. Wdzięczność za dobre towarzystwo i energię wymienianą podczas wspólnych biesiad. Szczęście że mogłam tego doświadczyć i że zostanie to ze mną na zawsze.