Dolomity. Sass di Stria

 Ostatni dzień tego krótkiego, sierpniowego wypadu w Dolomity, zaplanowaliśmy na kolejny szczyt w pobliży Passo Falzargo - Sass di Stria, nazywany przez nas "włoskim Giewontem" ze względu na krzyż na szczycie. Ale żeby nie było tak łatwo, wybieramy opcję z via ferratą Fusetti. 

Najpierw musimy do niej dojść, więc wędrówka pod skałę, a potem wdłuż jej podnóża. W skale widać okienka tuneli, oraz miajmy ruiny fortyfikacji.


Zanim dojdziemy do początku ferraty, musimy przejść przez kamieniste zbocze, gdzie nie idzie się tak przyjemnie, ale spokojnie dochodzimy do startu wspinaczki. Nad nami pionowa droga do góry, około 250m długości i 150m przewyższenia. Wycena B/C. Zaczyna się ostro, odcinkiem trudniejszym, gdzie ciężko znaleźć dobre oparcie na stopy. Potem robi się już przyjemnie, i krok po kroku pnę sie do góry. Mam frajdę. 

W połowie półka aby opocząć i podziwiać widoki. I dalej wąskim kominem, zakończonym kolejnym trudnym odcinkiem - oooo!! Tutaj miałam trochę stresu bo na prawdę więcej było sprytu i szczęścia niż techniki i rozsądku: brak miejsca na stopy w butach trekkingowych, więc opcja "na tarcie" i szybko do góry. Oczywiście wspomagałam się stalową liną, bez niej byłoby bardzo trudno. 

Gdy dochodzę na koniec, na plateau, cieszę się, że już koniec!

Po chwili odpoczynku idziemy na szczyt. Droga prowadzi przez labirynt pozostałości korytarzy z czasów Grande Guerra, wąskich przejść, drabinek. Idzie się bardzo ciekawie, i nawet nie wiem kiedy dochodzimy na szczyt.


Po drugiej stronie krzyża na szczycie góry, wspinacze zrobili sobie stanowisko i obserwowaliśmy jak kończą swoją wspinaczkę. Jestem pełna podziwu.

Przed oczami masyw Lagazuoi, aż nie chce się wierzyć, że wczoraj się tam wspięliśmy!

Schodzimy szybko, bo prognoza pogody znowu mówi o deszczu. Idziemy do schroniska Rifugio Passo Valparola, na przełęczy. Piękna panorama przed nami.

Po drodze mijamy muzeum I wojny, w forcie Tre Sassi. 

I znowu dopisuje nam szczęście - znajdujemy miejsce w środku uroczego schroniska, a po chwili słyszymy pierwsze krople deszczu, które przeradzają się w intensywną ulewę. 

Spokojnie raczymy się włoską pastą i aperolem, i czekamy aż deszcz przejdzie. Albo chociaż zelży na tyle, by dało się iść. Gdy już tylko lekko kropi, zakładamy pelerynki i ruszamy w dół, do naszych kamperów. I co ciekawe, okazuje się, że znowu ominął nas opad gradu, który leży sobie na poboczu i czeka na ciepło aby się stopić.

To była świetna wycieczka, pełna emocji oraz widoków, zaskakująca i bardzo przyjemna. Cała marszruta wyglądała mniej więcej tak (wg. www.mapy.com), z tym, że ostatni odcinek ze schroniska do przełęczy Falzarego pokonaliśmy idąc wzdłuż drogi (padał deszcz i nie chciało nam się już błocić).

P.S. pierwotny plan zakładał powrót podziemnym tunelem Goiginger Galleria, ale ze względu na ulewę zrezygnowaliśmy. Ale myślę, że to może być ciekawe przejście. 


I to już koniec, wracamy do domu. Trzy dni fantastycznych wędrówek, świetnego towarzystwa; plus dwa dni w podróży spędzone na rozmowach. Aż ciężko mi uwierzyć, że tyle można przeżyć w tak krótkim czasie, tyle wrażeń... 


Mówi się, że urlopy bywają męczące. Jak dla mnie to bardziej przesyt wrażeń, doznań, aż po niemożność ich ogarnięcia. 
Bardzo cenię te przerywniki codzienności. 
Wracam spokojniejsza, choć pełna pytań wewnętrznych. 
Pełna pięknych obrazów w głowie, uczuć, myśli. 
Bogatsza.