Tatry. Szpiglasowy Wierch
Nie miałam większych planów na weekend. Więc gdy E. zapytała czy nie chciałabym wyskoczyć w Tatry, bo ma być dobra pogoda, przyjęłam tą propozycję z dużą radością. A do tego szlaki na których jeszcze nie byłam: albo Szpiglasowy Wierch, albo Przełęcz Krzyżne. Miałam trochę obaw o pogodę, bo tydzień był dosyć chłodny i deszczowy. Ale zaufałam prognozie, że nie będzie padać; no i zapakowałam do plecaka cieplejsze ciuchy i pelerynkę na wszelki wypadek
Wyjeżdżamy w sobotę rano, na parking przy Łysej Polanie wjeżdżamy ok 8:30 - Palenica Białczańska już pełna! Zapowiadają się tłumy w górach - pewnie tak jak my poszukiwacze "okienka pogodowego". Ruszamy w porannym słońcu asfaltową drogą do Morskiego Oka. Buu, jak ja nie lubię tej drogi - 9km tuptania jak dla mnie bez większego sensu. Nad stawem tłoczno a widoki piękne jak zawsze.
Chwilę się ogarniamy, robimy zdjęcia, i ruszamy (jest 11:30!!) na żółty szlak prowadzący na Szpiglasową Przełęcz; to tzw. Ceprostrada, trasa łatwa, długa, bez większych stromizm.
Muszę przyznać, że to jeden z bardziej malowniczych szlaków jakim szłam. Trawers zboczem najpierw pozwala popatrzeć na Morskie Oko z góry, a równocześnie zbliża nas do Mnicha i Mięguszowieckich Turni.
Gdy już miniemy Mnicha, który z tej strony wygląda zupełnie inaczej i wydaje się mniejszy, zieleń ustępuje szarości skał.


Zejście od schroniska wybieramy najkrótsze, czarnym szlakiem, i potem już Doliną Roztoki do Wodogrzmotów Mickiewicza. Asfalt witam z ulgą - stopy już zmęczone. Jeszcze 4,5km asfaltem i jesteśmy z powrotem na parkingu w Łysej Polanie.
Idzie mi się dobrze, ale im wyżej, tym bardziej odczuwam już zmęczenie i problem ze złapaniem oddechu. Pociesza mnie tylko myśl, że do szczytu już blisko, i skoro tylu tu idzie to ja też dam radę.


Na Szpiglasową Przełęcz docieram zmęczona ale szczęśliwa - mamy świetne tempo, zamiast 2'20 szłyśmy 1'40 !! To chyba dlatego tak sie zmęczyłam, hahaha!
Dojście na szczyt to już parę kroków, i wreszcie jestem!
Widok zapiera dech, na każdą stronę jest wyjątkowy: Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami otoczony najwyższymi tatrzańskimi szczytami, a po drugiej stronie Dolina Pięciu Stawów Polskich na tle Orlej Perci. Wow!!
Szczęśliwe siadamy i rozkoszujemy się widokiem na "5-tkę".
Ale w końcu pora schodzić, tym razem w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich. Na początku łańcuchy, mocno przykorkowane więc trochę się wciskam - nas idących w dół jest dużo mniej. A tych idących w górę... no cóż, kolejka na godzinę czekania. Dramat...
O, jak my się cieszymy, że idziemy w przeciwnym kierunku!! A przede mną piękna dolina - jeszcze jej nie widziałam z tej strony.
Schodzi się spokojnie, krok po kroku, łagodnie w dół. W dolinie cisza, spokój - łania skubie spokojnie trawkę nie przejmując się obecnością turystów.
Okrążamy Wielki Staw Polski i idziemy do schroniska na zasłużone zimne piwo - mniam, dawno mi tak nie smakowało!!
Zejście od schroniska wybieramy najkrótsze, czarnym szlakiem, i potem już Doliną Roztoki do Wodogrzmotów Mickiewicza. Asfalt witam z ulgą - stopy już zmęczone. Jeszcze 4,5km asfaltem i jesteśmy z powrotem na parkingu w Łysej Polanie.
Na zakończenie jeszcze wizyta w Głodówce na nasz ulubiony barszczyk i uściski ze schroniskową obsługą (Andzią).
Do domu docieram po 22:00, zmęczona ale bardzo szczęśliwa.
Cała trasa wg https://mapa-turystyczna.pl wyglądała tak, nie licząc odcinka od parkingu na Łysej Polanie do parkingu na Palenicy Białczańskiej. Łącznie wyszło ok. 28km i 1480m przewyższenia. Nieźle!!
To była fantastyczna, choć bardzo męcząca wędrówka. Widoki fantastyczne, zarówno podczas wejścia jak i zejścia. Pogoda wytrzymała - bałam się zimna i pochmurnego, ciężkiego nieba; a było ciepło i słonecznie. Tak idealnie. Że towarzystwo miałam dobre - to wiadoma rzecz. Dopisało mi zdrowie i humor. Dzień nie planowany wcześniej, tym bardziej cenny i wyjątkowy.
Dużo po nim we mnie ciepła, radości, wdzięczności do siebie samej i mego ciała.
I jak zwykle głowa pełna pomysłów gdzie by tu jeszcze powędrować...






















