Azory - Sao Miguel. D7: Wyprawa na delfiny i wieloryby. Praia de Sao Roque

 Ostatni dzień azorskiej wyprawy (nie licząc dnia podróży powrotnej) przeznaczony był na wyprawę na ocean w poszukiwaniu morskich stworzeń. Rezerwując rejs miałam trochę wątpliwości na ile spotkanie wielorybów lub delfinów jest prawdopodobne, ale okazało się już na miejscu, że skuteczność jest wysoka. Podekscytowana wsiadłam więc na pokład żóltego katamaranu. 

Wypłynęliśmy daleko w morze, smagana wiatrem i falami rozglądałam się ciekawie dookoła. Aż w końcu silinki przygasły i trafiliśmy na pierwsze stado (z daleka widać było łodzie kręcące się wokół: to znak, że coś jest!). Pierwsze delfiny pojawiły się trochę w oddali - delfin butlonosy. Skakały radośnie nad falami. Wow!!

Po pierwszej ekscytacji silniki dają pełną moc i płyniemy dalej - w sumie aż 14km od linii brzegowej. 

Drugie miejsce to ogromne stado atlantyckiego delfina kropkowanego. I tu festiwal radości! Delfiny płynęły pod łodzią, ścigając się z nami, wyskakując. Gdzie się nie spojrzało, coś przemykało w granatowych falach oceanu. Były też małe delfiny w towarzystwie rodziców. Rozkoszne, słodkie, wzruszające. Nie dało się za bardzo uchwycić ich wyraźnie telefonem, ciągle w ruchu. Jedynie krótkie filmiki oddają lepiej jak to wyglądało.





Ach, co to było za przeżycie!

Co prawda nie udało się zobaczyć wielorybów (teraz nie bardzo jest sezon; podobno też jest to bardzo krótkotrwałe i słabo widoczne, fontanna wody, machnięcie płetwą itp) ale wyprawę uznaję za bardzo udaną.


Zaś po południe, gorące i duszne, zdecydowanie do wykorzystania na kąpiel w oceanie. Najlbliżej Ponta Delgada jest plaża w Sao Roque. Idziemy tam spacerem, przy okazji podziwiając wybrzeże.


W Sao Roque wybieramy małą plażę, zatoczkę, licząc że będą mniejsze fale.
Owszem, na początku były nieduże. Ale później pojawiły sie co jakiś czas serie fal takich na ok 1,5-2 metra. Jedna z nich zmiotła mnie, wciągneła, obróciła kilka razy i wypluła na brzeg. Brrr!!! Niefajne uczucie, przerażenie i ulga że wyszłam z tego cało. Potem byłam już ostrożniejsza i unikałam dużych fal. 


Tak wyglądały zwykłe fale. Tych największych nie uchwyciłam, ale zalewały całą plażę.
Mimo mocy oceanu i jego groźnych pomruków, bardzo mi się podobało to plażowanie.


I tak kończy się dziennik azorskiej wyprawy. To było siedem bardzo intensywnych dni, pełnych doznań, wrażeń, pięknych widoków, momentów uniesienia, a nawet mistycyzmu. 
Azory zaskakiwały mnie na każdym kroku, zawsze pozytywnie. Obfitość przyrody i zieleni była aż przytłaczająca. Kolory, krajobrazy, roślinność - tak inne od tego co widziałam wcześniej. Chwilami czułam się jak małe dziecko, liliput w magicznej krainie. Nie umiem wybrać jednej rzeczy, która była naj naj - różnorodność nie pozwala mi na porównywanie.
To były cudowne chwile i zostaną na zawsze w mej pamięci jako spełnienie wielkiego marzenia.