Alpy Julijskie. Triglav 2864m n.p.m. Cz.1 - z Doliny Krma do Domu na Kredaricy

 To będzie długi wpis, bo i historia jest długa...

Zacznę od tego skąd wziął się ten pomysł. Otóż od koleżanki E., która kiedyś rzuciła w naszej górskiej grupie taki pomysł: "Ej, zróbmy Triglav?!". Wszyscy przytaknęli - no bo czemu nie?! I tak gdzieś ten motyw przejawiał się od czasu do czasu... Na początku roku ustaliliśmy termin - długi weekend sierpniowy. Potem czas mijał, termin się zbliżał... 2 tyg. przed (czyli pod koniec lipca) temat wypłynął znowu. "No i co robimy?? - Jedziemy!! - Kurde nie ma miejsc w schronisku... - To nic, jedziemy!!"

Mniej więcej tak to wyglądało - stan przygotowań tak 2/10. Nie mamy miejsca w schronisku, liczymy że uda się "na glebie" w najgorszym wypadku. Którą trasą iść? Wiele opinii, rad znajomych którzy byli, co wybrać? Pogoda zapowiada się słabo - początkowa prognoza to sobota i niedziela w deszczu; plus burza. Bardzo słabo.

Miałam wiele wątpliwości czy jechać na tą wyprawę. Z jednej strony ciągło mnie do nieznanego. Z drugiej obawa czy dam radę, bo wysoko, ferrata ( a ja mam lęki). Z trzeciej, pogoda marna, po co się tam pchać. Z czwartej brak noclegu, trzeba tachać łóżko (czyt. śpiwór i karimatę) na górę. Huśtawka nastroju była ogromna. 

Pojechałam.

W drodze do Słowenii (ok.10h jazdy) ustalamy trasę z Doliny Krma do Triglavskiego Domu na Kreradici (sobota), stamtąd na szczyt (niedziela) i powrót. Na parking Pri Lesi dojeżdżamy ok 2giej w nocy, a że nie można tu biwakować bo jesteśmy w Triglavskim Parku Narodowym, śpię na podłodze busa kilka godzin, do wschodu słońca.


Poranny rozruch, pakowanie plecaka (tylko potrzebne rzeczy) i w drogę - ruszamy ok.8mej rano. Poranek lekko pochmurny, szare niebo. Ale widoki ładne, potężna sciana skalna po lewej, osadzona na stożkach piargowych. Prawie od razu robi się "pod górkę" - dobrze bo mamy sporo przewyższeń do pokonania a im wyżej tym lepsze widoki; gorzej że z plecakiem ciężko się idzie. Ale przy przerwie na oddech można podziwiać widoki i przyrodę. Na przykład cyklamen purpurowy albo goryczkę trojeściową.


Szlak jest zróżnicowany. Najpierw przez las bukowy. Potem kawałek po drobnych, białych kamykach, sypkich i grząskich. Potem ścieżka wśród głazów, w lesie mieszanym. A na niej można spotkać... stado krów. 


W międzyczasie zaczyna kropić deszcz... przechodzimy przez polanę Polje i chowamy się na chwilę w chatce (pasterzy), na odpoczynek i popas. Deszcz nie odpuszcza ale trzeba iść dalej. Trochę nam nastroje posuło bo nie idzie się tak fajnie pod peleryną, po mokrym... chmury nie prognozują poprawy pogody...

Dochodzimy do drugiego wodopoju - betonowe koryto z wodą, raczej dla bydła, nie piliśmy. Za nim rozgałęzienie szlaków - my skręcamy w prawo. Ogólnie szlaki słowackie oznakowane są słabo: albo czerwone kreski na kamieniach, albo kropki białe z czerwonym (jak na wodopoju), rozdroża opisane na kamieniach, czasem strzałka kierunku. Drogowskazów (jak w Tatrach) bardzo mało. Trzeba być czujnym.

Dalej szlak wiedzie żmudnie wśród kosodrzewiny, ciągle do góry, stromo, czasem zygzakami... aż dochodzimy do poziomu, gdzie tylko skały i małe trawki rosną. Za to widoki tu świetne. 


Zmęczenie już duże, plecak z każdym krokiem coraz cięższy się wydaje... już nawet zdjęć mi się nie chce robić... Końcówka wędrówki to zygzaki po drobnych kamyczkach; mijamy ludzi schodzących w dół  i zazdrościmy im... Drogowskaz mówi, że zostało 30min - mnie to zajęło godzinę aby dotrzeć do schroniska (słowackie oznaczenia czasu są mocno zaniżone!!), ostatni etap po kamieniach i głazach we mgle/chmurach, nie widzę wiele przed sobą. Teraz myślę, że to nawet lepiej bo nie wiem ile mam jeszcze przejść... w końcu we mgle majaczy kształt schroniska. Doszłam!!

Ufff, co za ulga i radość! Zrzucam plecak, zmęczona i zmarznięta chłepczę gorącą herbatę z rumem - pychota! Zjadam zupę i zasypiam na stole (!). Po krótkiej regeneracji jest jeszcze moc by się pośmiać i pobiesiadować. A dobra wiadomość, że mamy jednak łóżka w zbiorowej sali, dodaje energii. Gorzej, że w schronisku nie ma wody w toalecie i łazience... no cóż, trollowanie i mycie chusteczkami i wodą z butelki. A nawet się wypogadza i Alpy pokazują nam przedsmak tego co nas jutro czeka.


Pierwszy dzień bardzo męczący, muszę przyznać, że to była najcięższa wędrówka dla mnie - nie nawykłam do wędrowania z takim ciężkim plecakiem. Jestem zmęczona ale cieszę się, że dotarłam do celu. Załączam mapkę z mapy.cz - jak widać czas wędrówki przewidziany to ok.3:45h. Mnie to zajęło prawie drugie tyle - 7 godzin.



P.S. W tym i kolejnym poście część zdjęć - tych na których jestem ja, wykonanych przez przyjaciół z mojej Górskiej Ekipy. To tak w kwestii praw autorskich.