Ostatni dzień naszego pobytu w Szwajcarii. Plan pierwotny był bardzo ambitny - jedziemy do Zermatt. Ale po kalkulacji dojazdu (min. 4godziny) i czasu (późny poranny rozruch) i pogody (kumulacja upału) odpuściłam - obawiałam się, że to nas mocno zmęczy; a jutro przed nami długa droga powrotna do domu, więc trzeba być wypoczętym. Żal mi bardzo. Ale wygrał rozsądek.
Plan B to Thun - na dzisiaj zapowiadali najgorętszy dzień (potem się okazało, że było 38st.C w cieniu w południe!), więc może nad wodę? Jedziemy do Thun, bo można połączyć zwiedzanie z kąpielą.
Symbol miasteczka to górujacy nad nim zamek,wysoki, jasny, robi wrażenie nie zdobytego. Obchodzimy go dookoła, przez dziedziniec, a potem koło kościoła, przez bramę w dół. Bardzo tu malowniczo.
W centrum miasteczka ruch i gwarno. Najpierw idziemy ulicą Obere Hauptgasse, z charakterystycznymi dwupoziomowym chodnikiem. My kryjemy się w cieniu więc idziemy górą, skąd od każdej kamieniczki odchodzą strome schody w dół, na poziom zero; a pod górnym chodnikiem kryja sie sklepy i kafejki.
Dochodzimy na plac ratuszowy - o dziwo pusto tu. Ale nawet tutaj można dostrzec zamek.
Schodzimy w dół do rzeki i wzdłuż bulwaru idziemy w stronę tamy na rzece Aare. Jest ona w starym stylu, zadaszona, drewniana, z jednej strony leniwie płynąca rzeka pełna sporych (!) ryb, z drugiej zaś spienione fale.
Żegnamy się z urokliwym miasteczkiem - nie dajemy rady dłużej w tym upale. Przejeżdżamy do Gwatt i tam rozbijamy się nad jeziorem Thunersee. Woda przynosi miłe ochłodzenie. A nawet powiedziałabym, że jest trochę zimna- nawet po chwili pływania ciężko się rozgrzać. Ale to miło tak posiedzieć na kocu i poleniuchować. Takie leniwe zakończenie szwajcarskich wakacji.
Tak, to był bardzo dobry tydzień!!