Alpy Julijskie. Triglav 2864m n.p.m. Cz.2 - na szczyt i z powrotem do Doliny Krma

 Poranek w schronisku powiedziałabym wczesny, 6:30, ale wiele ludzi już na nogach albo nawet na trasie. Na szczęście pogoda petarda!!

Wyruszamy o 8mej, uzbrojeni w sprzęt do ferrat - kaski, lonże, uprzęże, rękawiczki. Zaraz na podejściu ustawiamy się w ogonek ludzi idących na szczyt. I tak sobie powolutku idziemy krok za krokiem. Większa część trasy jest ubezpieczona, kilka przejść po samych skałach. Najpierw podejście na Mały Triglav. Gdzieś przed jego wierzchołkiem zaczynają nas mijać ludzie schodzący z góry - robią się zatory bo na wąskich skalnych półkach nie ma gdzie uciec. Ale jakoś się mijamy. Ogólnie wędrówka łatwa i przyjemna. A widoki cudne!!



Do pokonania jest wąska półka (z zabezpieczeniem na większym odcinku), gdzie po obu stronach przepaść... jak widać na zdjęciu w stronę szczytu ciągnie dużo ludzi, część schodzi. A kolejne zdjęcia z drogi powrotnej - już pustawo. Większość trasy szłam przypięta do liny i trzymając się ręką, ale byli i tacy co szli bokiem bez jakiegokolwiek ubezpieczenia się; czy to brawura, czy głupota, czy pewność siebie - nie wiem, nie oceniam, choć nie rozumiem. To jedno miejsce bez zabezpieczenia budziło mój lęk, na zdjęciu nie widać tak dobrze, ze kamienna ścieżka ma może z 100cm szerokości, a po bokach przepaść... na dole widać schronisko na Kredaricy.



Po dwugodzinnej wędrówce (drogowskaz pokazywał 1 godzinę; fakt, spowolniały nas zatory ale myślę, że byłabym w stanie to przejść tą trasę w ok 1,40h nie szybciej), docieramy na szczyt. Tu już ogromna radość z osiągnięcia celu wędrówki! Mimo że na wierzchołku siedzi mnóstwo ludzi, to jakoś mi to nie przeszkadza. Obowiązkowo sesja z Aljažev Stolp czyli schronie burzowym, zwanym przez nas rakietą.



Po przerwie schodzimy w dół. Bałam się, że będzie trudniej, ale nie było źle; na szczęście już mniej ludzi na szlaku więc szło się spokojnie, można było podziwiać widoki.


W schronisku zjadamy coś - dla mnie hit "Dumplings with blueberry", coś na kształt ciasta filo z serem i jagodami, polanego bułką tartą na słodko - pysznie i oryginalnie. Ostatni rzut oka na masyw Triglavu, pora schodzić w dół..


Początek to piękne widoki, ciągle zachwycam się tym ogromem gór, różnorodnością krajobrazu, tak inną niż tatrzańska panoramą.


Im niżej, tym zmęczenie daje się we znaki, jest na prawdę gorący dzień. Schodzenie zawsze trudniejsze, bo bardziej bolą stawy, trzeba uważać przy stawianiu stóp by dobrze złapać podłoże. Ale jest też czas na rozejrzenie się wokoło. Wczoraj, w pochmurny chłodniejszy dzień dziewięćsiły były skulone, dziś otwarte do słońca.


Gdy już dochodzimy do parkingu, zdjęcie butów to niesamowita ulga! Radość, że koniec wędrowania, a z drugiej strony myśl - gdzie następna wyprawa?! Ja jak zawsze swoją wdzięczność i radość wyrażam dopiero gdy bezpiecznie wrócę "do bazy". Jestem bardzo szczęśliwa, mimo zmęczenia i brudu. Warto było zaryzykować i spróbować się. Zrobiłam to, plan zrealizowany, sukces. Udało się - dałam radę.

Na nocleg jedziemy nad Jezioro Bohinjsko, znajdujemy pole namiotowe w połowie linii brzegowej, cisza tu i spokój. Jezioro bardzo malownicze, niesamowicie czysta woda, kryształ z turkusowym blaskiem (nie było słonecznej pogody więc na zdjęciach tego tak nie widać). Bardzo mi się tu podoba.


Największa radość - prysznic!! Potem coś zjeść w Ribcev Laz - polecam burgerownię Fokser. I powrót pod gwieździstym niebem do namiotu. Dobranoc.

To de facto koniec wycieczki, bo poniedziałek 15 sierpnia to już podróż powrotna. 
Cały trzydniowy wyjazd był bardzo udany. Były momenty trudne, gdzie musiałam się sprawdzić i sama ze sobą przepracować kryzys. Zdecydowanie więcej było jednak dobrych, pozytywnych chwil. Piękno gór wciąż mnie przepełnia, uspokaja, uduchawia.
Zauważyłam, że małe rzeczy (brak wody, spanie na zbiorowej sali lub w aucie) nie wyprowadzają mnie z równowagi - akceptuję to co jest. To dobrze, bo oszczędzam sobie stresu i nerwów. Wiem, że mam granice wytrzymałości i muszę o nich pamiętać, na szczęście większe możliwości niż myślałam. Nie wiem czy ta wyprawa to był szczyt moich możliwości ale chyba jest on gdzieś bliżej niż dalej.
Cieszę się, że moja kondycja fizyczna jest dobra, psychiczna też dała radę. Jestem z siebie zadowolona i dumna.