Belgia. Antwerpia.

 Po raz kolejny postanowiłam z koleżanką wykorzystać podróż służbową i wykorzystać weekend na zwiedzania. Tym razem Belgia, Antwerpia.

Bez większego planu - owszem, mamy listę miejsc do zobaczenia, ale raczej planujemy spacerowe zwiedzania z belgijskim piwem, czekoladą i goframi. I wyszło to fajnie, zwłaszcza że najważniejsze miejsca do odwiedzenia są właśnie w zasięgu spaceru.

Piątkowy wieczór zaczynamy od wycieczki typu "free walking tour", w tematyce mrocznych tajemnic Antwerpii. Ale zanim dojdziemy na miejsce zbiórki całkiem przypadkiem wchodzimy do Stadsfeestzaal

Zwiedzanie z przewodnikiem zaczynamy od Grote Markt. Duży plac otoczony urokliwymi kamieniczkami. Jedną ze ścian zajmuje ratusz, a przed nim fontanna Brabo


Tuż obok stoi dumna Katedra Najświętszej Marii Panny w Antwerpii. Piękna, gotycka, smukła. Wysoka, więc cieżko ją zmieścić w kadr. Wchodzimy do środka na chwilę ale akurat zaczyna się msza, więc wychodzimy, nie podziwiamy dzieł Rubensa


P.S. Zarówno Ratusz, jak i katedra świetnie się prezentują w nocy.


A przed katedrą bardzo oryginalny pomnik Nello & Patrasche, którzy wg belgijskiej legendy zasnęli i umarli z zimna w katedrze. 


Dalej idziemy w stronę rzeki Skalda. Mijamy Pomnik Pracy i Wolności, z daleka patrzymy na Het Steen - średniowieczną twierdzę, która się wydaje tutaj jakoś dziwnie nie na miejscu. Przechodzimy też koło budynku w stylu "bacon" (bekon) - dawniej siedziba gildii, teraz muzeum tańca i muzyki. A tuż obok ślad dawnych murów miejskich.


Dochodzimy do słynnego MAS - Museum aan de Stroom. Budynek robi wrażenie swoją bryłą, nawiązującą do kontenerów/paczek towaru i wody. My wspinamy się na taras na dachu aby popatrzeć na panoramę miasta przy zachodzie słońca (darmowe wejście!) .


Ściany budynku zdobią małe dłonie - symbol sponsorów, którzy dorzucili swoją "cegiełkę" do budowy tego budynku.  Jest też nawiązanie do portowego miejsca, w którym stoi MAS - Pan i Pani Kapitanowie.


Obok MAS znajduje się wiele ciekawych miejsc - od starych zabudowań portowych (siedziby kapitanatu), po nowoczesne budynki z współczesną rzeźbą. My zaś idziemy na Wolf Sharing Food Market, bo zgłodniałyśmy - pod jednym dachem kilkanaście "streetfoodów", do koloru do wyboru.


A na koniec dnia obowiązkowo belgijskie piwo.


Sobotę spędzamy na dalszym włóczeniu się, po miejscach które widziałyśmy wczoraj, ale też nowych.
Śniadanie: kawa i wafel, tuż przy bramie do China Town, a w tle dworzec kolejowy. 


A tuż obok muzeum czekolady, zaglądamy do sklepiku na chwilę. Czego tu nie ma! 


Nasyciwszy oczy czekoladowymi cudami, idziemy zwiedzić dworzec kolejowy. Imponujący. Rzeźba w kształcie dłoni - gołąbka pokoju bardzo mi się podoba. I muszę powiedzieć, że jestem fanką praktycznego rozwiązania, jakim są piętrowe perony: kilka poziomów torowisk to świetna oszczędność miejsca.



Tuż przy dworcu znajduje się tzw. Dzielnica Diamentów, czyli sklepy jubilerskie oferujące to co Marilyn Monroe uważała za najlepszych przyjaciół dziewczyny: "Diamonds are a girl's best friend". Sycimy oczy błyszczącym luksusem, cen na wystawach nie ma, więc można bez stresu podziwiać diamentową biżuterią.


Robimy spacer przez Park Miejski i lądujemy koło Katedry NMP na "kultowym" piwie Delirium Tremens. Muszę powiedzieć, że nazwa, branding, smak - wszystko się zgadza. Do tego uroczy kielich ze słoniową trąbą! To jedna z pamiątek, którą przywiozłam sobie.


Spacerem idziemy sobie na nadbrzeże, do Het Steen. Przed twierdzą posąg olbrzyma - podoba mi się ta niderlandzka magiczność, inna od naszej, polskiej. Sama twierdza okazuje się mniej ciekawa - restauracja, duży sklep z pamiątkami, taras widokowy. Chyba wolę z daleka na nią patrzeć - na przykład przy zachodzie słońca.



A na przeciwko dwie urocze kamienice - to dla mnie kwintesencja beligijskiego stylu.


A mówiąc o belgijskim stylu i klimacie, włócząc się po uliczkach Antwerpii było wiele "smaczków", kadrów które mnie urzekły, miejsc z energią, która mnie porusza.


A jeśli mowa o "smaczkach", to nie można zapomnieć o gofrach! Z polewą Lotus - sztos!!


Miejsce, które bardzo mi przypadło do gustu to bar Elfde Gebod, tuż obok katedry. Nazwa w tłumaczeniu to "Jedenaste przykazanie", czyli: jedz, pij i ciesz się życiem. To zdecydowanie do mnie przemawia.
A wnętrze baru dosyć oryginalne - sakralne rzeźby, święte figury. Warto zobaczyć i wypić dobre piwo.


Ale zwiedzanie Antwerpii ma też swoje rozczarowania. Dom Rubensa - od ulicy nieciekawy, szklany budynek; akurat trafiłyśmy na moment, kiedy nie dało się zwiedzić nawet ogrodów, zobaczyłyśmy tylko tyły, też z placem budowy w tle (uroczy Toi-toi).


Podsumowując pobyt w Antwerpii: miasto do zwiedzenia w jeden dzień, na spokojnym spacerze. Przyjemnie, ładnie, klimatycznie, atmosfera luzu i zabawy.
Co mnie zaskoczyło: moda/zwyczaj, że grupy ubierają się tak samo, albo nawet przebierają się, żeby wyróżnić z tłumu. Mnóstwo takich grup mijałyśmy - od takich samych t-shirtów, po przebrania w krokodylki. Ja jako boomerka nie byłam na to przygotowana!!
Piwo wyśmienite (a pisze to osoba, która za piwem nie przepada!), gofry ok (mój syn robi lepsze), frytki - nie trafiłyśmy na nic ciekawego.

Pozostał apetyt na zwiedzenie innych, belgijskich miast - może przy kolejnej wizycie w Les Fontaines?