Dolomity. Lago di Fedaia
Dzień drugi w Dolomitach był pod hasłem zmiany planów i dostosowania do pogody. Wtorek miał być najgorszym dniem pogodowym - prognozowano deszcz cały dzień. Dodatkowo, burza, która przeszła w nocy, przyniosła na szczyty gór... śnieg!! Na to nie byliśmy przygotowani, więc musieliśmy wmyśleć trasę alternatywną, gdzieś w doliny, tak aby w razie deszczu nie stracić za wiele.
Więc spacer z Alby przez Pian Trevisian (szlak biegnący doliną) do jeziora Lago di Fedaia. Poranek jest chłodny, ale idziemy wzdłuż rzeki Torrente Avisio, większość czasu lasem, ale na polanach możemy podglądać szare skalne ściany na tle stalowego, pochmurnego nieba.
Droga przez las mija małą leśną kapliczkę przytuloną do skały. Gdy wychodzi słońce spoglądam w tył na dolinę Val Di Fassa - piękna
Idąc, po prawej widzimy początkowo przyprószone śniegiem szczyty wysokiego masywu, zaś poźniej dostrzegamy jego główną atrakcję - lodowiec Marmolada na szczycie Punta Penia.
Ostatni etap szlaku to ostra wspinaczka do góry - jak się bowiem okazuje przy dokładnym spojrzeniu na mapę, to nie jezioro naturalne ale sztuczne - tama, na którą musimy się wspiąć, bo szlak prowadzi doliną a lustro spiętrzonej wody jest nad nami. Więc taki to "spacerek" z stromą końcówką.
Gdy zasapana wychodzę na tamę, jestem zaskoczona niskim poziomem wody - widać to bardzo wyraźnie na zdjęciach. To trochę smutne, trochę rozczarowujące... Jakoś mi dziwnie. Kolor wody turkusowy, czekam na moment kiedy słońce wyjdzie spoza chmur, aby pięknie go ukazać. Ładnie tu, ale chyba spodziewałam się większego wow.
Przechodzimy przez wijacą się tamę na drugą stronę i patrzymy na panoramę z tarasu położonego trochę powyżej. Tu restauracje pełnią też funkcję sklepów z pamiątkami - ale słodko wygląda taka krasnoludzka wystawa w oknie!
Aby się ogrzać siadamy na kawę, tiramisu i kieliszek grappy w przytulnym Barze Vernel. Grappa sosnowa nie w moim guście, Nocciola (orzechowa) jak słodki likier; jałowcowa ok, choć bardzo intensywana i ziołowa. Ot, taka degustacja.
Posilieni, ruszamy w drogę powrotną do Alby. Początkowo drugim zboczem doliny, w słonecznych promieniach.
Ale w połowie trasy pogoda się załamuje i resztę idziemy w deszczu. Przestaje padać dopiero jak wychodzimy z lasu w Albie. No coż... mogło być gorzej.
Nasza wędrówka wyglądała tak wg. mapy.com. Miał być spacer, wyszło całkiem sporo tuptania, trochę pod górkę, trochę w deszczu. W sumie, dobrze spędzony dzień.















