Dolomity. Torri di Vajolet, Rifugio Vajolet

Dzień szósty wędrówek po Dolomitach - ostatni; ten czas tak szybko zleciał, dni tak niewiele a miejsc do zobaczenia tak dużo. Niełatwo było podjąć decyzję co i gdzie, bowiem kilka rzeczy należało wziąć dodatkowo pod uwagę: żeby nie było zbyt męczące bo jutro od rana za kierownicą więc trzeba być wypoczętym; żeby nie było za cieżkie, bo nogi zmęczone i jedna kontuzja w drużynie; żeby był jeszcze czas na pakowanie i zakupy; żeby się wstrzelić w pogodę bo zapowiadano deszcze... no, to nie było łatwe...
Pierwszy plan to Torri di Vajolet i dojście do schroniska Rifugio Re Alberto i Rifugio Passo Santner, ale to była długa i wymagająca wędrówka. Ostatecznie ustaliliśmy, że na ostatni dzień trochę za dużo. Ale wybraliśmy wariant krótszy, do Rifugio Vajolet.

Ruszamy z osady Muncion (kolejny podjazd wąskimi seprentynkami!) i całą drogę wzdłuż doliny Val di Vajolet pokonujemy asfaltową drogą. Tak sobie się idzie, ale to najkrótsza trasa. Staram się brać to "po lekku", bez ambicjonalnej napinki. 

Dochodzimy do urokliwej polany na końcu doliny, gdzie stoi Rifugio val Gardecia i krzyżują się szlaki - więc ruch większy.

 

Robimy chwilę przerwy i ruszamy dalej, wyżej. Już w tłumie turystów, szeroką drogą wijącą się do góry, dosyć intensywnie na końcu. Ale to bardzo urokliwy odcinek, bo od początku widzimy na skale zarys Rifugio Preuss, które przypomina tajemniczy klasztor na samotnej skale. A widok na dolinę też imponujący.


I faktycznie, jest urokliwe, troszkę w "kościółkowym"stylu przez małą wieżyczkę - a może podobne do karkonoskiej Samotni? Mnie się bardzo podoba.

Rifugio Vajolet to typowe murowane schronisko z niebieskimi okiennicami, nie można mu odmówić uroku, ale najlepiej się go ogląda z dystansu, w otoczeniu skał. 

Nad schroniskiem górują Torri de Vajolet, schowane w chmurach, smukłe i groźne. Trochę z tęsknotą patrzę na szlak wijący się w przesmyku i mórweczki podążające nim do góry. Skalne wieże robią na mnie wrażenie, przemawiają do mnie.

Myślałam, że to będzie koniec naszej wędrówki - wrócimy tą samą, najkrótszą trasą. Ale nie. Padł pomysł aby zrobić trawers zboczem, który nas doprowadzi z powrotem do Rifugio Gardenia. Trochę się dziwiłam po co wchodzić do góry, zaraz trzeba będzie zejść, a przecież mieliśmy się "oszczędzać". No ale idę.
Z góry piekne widoki, na dolinę i przycupnięte w na jej końcu schroniska, otoczone ogromem skalnych ścian. Obłędnie.

Jest więc sesja zdjęciowa, odpoczynek, podziwianie widoków.


Dalej idziemy trawersem aby ostatecznie zejść z powrotem do Rifugio Gardenia. Tuż przed nim, na pastwisku wśród krów, hasają sobie świstaki. Słodziaki.


Powrót droga asfaltową się dłuży, ale nie ma wyścia, wrócić trzeba.
Cała trasa wyglądała tak:


I to już koniec wędrówek po Dolomitach podczas tego urlopowego tygodnia. To był dobry czas, spokojny, przyjemny, pełen wrażeń. Inny, bo w towarzystwie nowych osób. Fizycznie niezbyt męczący, ale to dobrze bo mogłam bezstresowo i w pełni odpocząć. Moje wszelkie wizje i obawy nie ziściły się, z czego się cieszę. Pozostało morze wspaniałych wspomnień, spokój duszy, wypełnienie dobrem, wszechogarniająca wdzięczność.