Dolomity. Piz Boe

Dzień czwarty w Dolomitach to wyprawa na Piz Boe. Robimy jednak wariant łatwiejszy - z wyjazdem kolejką na Sas de Pordoi. Zachwycamy się widokiem na szczycie - surowe skały, warstowo ułożone, szarość i biel. A na horyzoncie wznosi się szczyt Piz Boe - cel naszej wędrówki.


Te niesamowite, wręcz księżycowe krajobrazy są idealne do zdjęć; tak samo jak piękna panorama rozpościerająca się ze szczytu.


Po pierwszej sesji fotograficznej, ruszamy szlakiem, od czasu do czasu zatrzymuję się i łapię widoki - niby to samo ale pod innym kątem wygląda inaczej.


Dochodzimy do Rifugio Forcella Pordoi. Tu widać szlak wiodący stromo w dół aż do zielonych doilin - będziemy nim schodzić. Na razie idziemy dalej, wybierając górny wariant (szlak 638) wiodący na szczyt.


Początkowo idzie się spokojnie, ale przed szczytem zaczynają się stalowe liny - ubezpieczenia na trudniejsze odcinki. A wraz z nimi wspinaczka po mokrych, chwilami ośnieżonych skałach; i robią się tu zatory, zupełnie jak w Tatrach na łańcuchach. Tempo wędrówki spada - dzięki czemu nie zasapię się, hahah, ale trochę mi się dłuży bo muszę dopasować się do osób idących przede mną. Mnie wspinaczka nie sprawia mi trudności, pokonałabym ją szybciej, ale jest jak jest. Bezpieczeństwo najważniejsze.


No i jestem! Mój pierwszy szczyt powyżej 3 tysięcy metrów nad poziomem morza. Chmury wiszą nisko, dosłownie nad głową, zasłaniając znaczną częś panoram. Szkoda. Ale cieszę się z tych widoków, które są.


Po przerwie w schronisku schodzimy dalej, w kierunku schroniska Rifugio Boe. Początkowy fragment zejścia wymaga czujności, drobne kamyczki usypują się spod nóg, mokre podłoże i śnieg nie pomagają. Ale udaje się bezpiecznie przejść. W nagrodę sesja z soplami lodu - w lipcu!!


Do schroniska nie dochodzimy, skręcamy w lewo i spokojnie trawersujemy zbocze, aż do Rifugio Forcella Pordoi. Tu chwila przerwy na uzupełnienie kalorii, i rozpoczynamy żmudne, i techniczne zejście żlebem, po niezliczonych zygzakach prowadzących stopniowo coraz niżej. Noo... nie jest lekko kolanom i kostkom, bo nachylenie duże, nawierzchnia ruchoma - pełne skupienie przy każdym kroku.


Udaje się zejść na dół cało i zdrowo. A nasza trasa wyglądała na mapy.com mniej więcej tak:


Piz Boe to piękna góra, choć mnie nie urzekła aż tak bardzo. Surowy klimat ma swój urok, ale brakło mi trochę pogody i cieszenia się byciem na szczycie (plus trafiliśmy na polsą wycieczkę, dwie grupy, więc tłoczno jak nad Morskim Okiem). Zejścia, które dominowały na naszej trasie, wymagały skupienia i uważności, więc zmęczenie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. 
Ale "zaliczone", jak to się mówi.