Dzień trzeci to już pełna mobilizacja i "odhaczanie" punktów obowiązkowych z listy mojej wędrówki po Dolomitach. Urlop ograniczony czasowo, więc bez względu na pogodę, idziemy (na szczęście kolejne dni mają dobre, bezdeszczowe prognozy pogody).
A więc Sassolungo. A tak naprawdę to dwa masywy, Sassolungu i Sassopiato, ale przyjęło się nazywać to po prostu Sassolungo.
Najpierw podjazd serpentynami na przełęcz Passo Sella - uh... te górskie drogi to niezły test nerwów i umiejętności! (na szczęście mamy kierowcę, który się podjął jazdy na przełęcze).
Punkt obowiązkowy - kolejka na Sassolungo (Forcella del Sassolungo, zwana też Coffin lift). To faktycznie świetna atrakcja - dwuosobowe wagoniki, do których wskakujesz w biegu, i całą podróż stoisz. Ale masz świetne widoki, od gór zbliżających się, po rozległe, piękne panoramy, a na hasających świstakach skończywszy.



Na szczycie, wciśnięte między dwa strome szczyty, schronisko Tomi-Demez Hutte. Siadamy na chwilę aby się ogrzać - jest zimno (2 stopnie Celsjusza) i mocno wieje (więc odczuwalna 0 lub mniej!); od poprzedniej doby jeszcze leży tu miejscami śnieg. Więc zamiast Aperola jak przystało na sezon letni, serwuję sobie Bombardino - jak zimą, hahaha!
Zejście szlakiem prowadzi na drugą stronę masywu. Początkowo idziemy ostrożnie, bo kamienie są przysypane śniegiem, a gdzieniegdznie szlak jest oblodzony.
Widoki trochę księzycowe, te sypiące się piarżyska, surowa skała. Świetna sceneria do zdjęć.
Schodzi się dobrze, mimo iż na szlaku sporo ludzi. Poniżej, już prawie na styku skał z zielenią, przycupnięte schronisko Rifugio Vicenza. Położone przeuroczo, nie mogę się napatrzeć.
Chwilę odpoczywamy i cieszymy się ciepłymi promieniami słońca (tu na dole cieplej, nie wieje tak mocno). Ustalamy też gdzie idziemy dalej, bowiem masyw Sassolungo/Sassopiato można obejść od wschodniej strony (Sassolungo - krócej), albo od zachodniej (Sassopiatto - dłużej). My wybieramy wersję dłuższą.
Szlak początkowo łagodnie trawersuje zbocze, aby potem wspiąć się trochę wyżej. A jak wyżej, to wiadomo - widoki. Na Alpe di Susi, piękne łąki i łagodne zbocza. A nad nimi góruje kolejny skalny masyw. Zielona trawa, błękitne niebo, białe chmury na słonecznym niebie. Sielanka. To chyba najpiękniejsza część tej wędrówki, widokowy sztos.
Okrążamy masyw i znowu przed nami sobą szczyt Col Rodela oraz masyw Piz Boe.
To zdjęcie chyba najlepiej oddaje moją radość z tej wędrówki. Przepiękna trasa, zostaje w moim sercu jako najpiękniejsza.
Cała trasa wg mapy.com wyglądała tak: