Dolomity. Seceda
Dzień piąty wędrówki po Dolomitach, to sprawdzenie czy latem Seceda wygląda tak samo imponująco jak zimą.
Startujemy z Santa Cristina, z małego parkingu Cristauta. Jest wyżej położony, tuż przy szlaku, ale dojazd na niego to niezła przeprawa wąskimi drogami, włączając mijankę z betoniarką (!). Zajmujemy jedno z ostatnich miejsc, jest przed dziesiątą rano. I ruszamy na szlak nr 4 - Troi da Shirlates, łągodnie trawersując zbocze i podziwiając panoramę z Sassolungo na pierwszym planie.Gdy z lasu wychodzimy na łąkę, od razu urzekają mnie rozsiane po całym, ogromnym zboczu, chatki, szałasy, domki, bary/schroniska.
Idę dalej do góry, już wolniej bo i stromiej, ale wciąż pełna zachwytu nad panoramami - tymi na przeciwległe szczyty, jak i na masyw nad moją głową.
I oczywiście wykorzystujemy te piękne plenery do sesji fotograficznej.
Po przerwie na podziwianie widoków z Aperolem w ręku, ruszam na atak szczytowy. Ostro pod górę, więc sapię i idę sobie powoli. Najpierw na punkt widokowy Forcella Pana. Szlak na szczyt po prawej jest zamknięty, więc wykorzystuję położoną niżej skałę na "epickie" zdjęcia zdobywcy. a po lewej ścieżka mróweczek, czyli szlak na szczyt Secedy.
Tam też idziemy wraz. Za każdym razem, gdy obracam się widzę masyw Odle w coraz piękniejszej odsłonie. Wygląda to na prawdę świetnie. Lepiej niż zimą, zdecydowanie wolę zieloną odsłonę.
Widok z Secedy jest fantastyczny, ale nie dane mi się nim cieszyć, bo na horyzoncie widać już deszcz. Uciekam na dół, niestety deszcz szybszy i trochę mnie zmoczyło. Zaliczyłam pierwszy bieg górski, w dół, w deszczu, hahaha!
Siadamy w Baita Sofie, na ogromne tiramisu i rozgrzewającą grappę. Uh... tanio tu nie jest... zaciskam zęby. Ale tiramisu "prima sort"!
Deszcz przechodzi dosyć szybko, więc ruszamy w powrotną drogę. Schodzimy w dół, szlakiem nr 6, wchodzimy w las i trawersujemy zbocze, aż dochodzimy do przepięknej polany Seurasas. Jest słonecznie, przepięknie - znowu czas na zdjęcia.
Alpejskie pejzaże nas chyba zamroczyły, bo ruszyliśmy dalej szlakiem w prawo - jak się potem okazało błędnie - powinniśmy iść prosto w dół. W efekcie nadrobiliśmy duży odcinek zejścia; mimo iż częściowo skracaliśmy sobie dojście do punktu końcowego idąc leśnymi ścieżkami a nie szlakiem, to i tak wyszło dłużej. No coż, zdarza się...
Ale za to z Plan de Roles piękny widok na dolinę Valgardena.
Zaś Pra da Peza to malowniczo położone domki w środku lasu, na polanie z widokiem na Sasolungo, sielankowa enklawa ze stadem saren. Urzekająca.
Znużeni długim zejściem (nie było trudne technicznie, ale skróty przez las nie były ciekawe: ot, deptanie do przodu), dochodzimy do parkingu, zadowoleni z dobrego dnia.
Sassolungo to piękna alpejska łąka. Widokowo jedno z piękniejszych miejsc. Fakt, jest tu dużo turystów. Ale ja też byłam jednym z nich, więc nie narzekam. Warto było. Jeszcze raz bym też poszła.
Tak nasza trasa wyglądała wg mapy.com:
p.s. Niestety, z niewiadomych mi przyczyn technicznych, filmiki z tego dnia wyprawy nie chcą sie załadować na bloga. A szkoda, bo widoki były, ach, były!!




















