Wielki Kopieniec

Kto mnie zna wie, że lubię górskie wędrówki. Kto zna mnie dostatecznie długo, wie że Tatry lubię bardzo; kilkanaście lat temu nie było lata bez wizyty w Zakopanem i wałęsania się po tatrzańskich szlakach. Eh... piękne czasy, piękne wspomnienia!! Życie ułożyło mi się tak, że nie było okazji - nie było towarzystwa do wędrówek. Lecz ostatnio moja motywacja i determinacja była już duża - nie ma co czekać, trzeba wyciskać z życia ile się da. Słuchając kolejny raz opowieści siostry i brata jak to razem byli w górach powiedziałam "stop!, bierzecie mnie ze sobą!" Trochę na siłę, ale trudno, w końcu to rodzina - wybaczy.
W piątkowe popołudnie wyjeżdżamy do Zakopanego, nocujemy w Toporowej Cyrhli. Od razu po zakwaterowaniu ruszamy na spacer (bo godzina już sędziwa więc tylko krótki wypad na rozruszanie nóg) na Wielki Kopieniec 132m npm. Trasa zielona z Cyhrli.
Było po deszczu, wilgotno i ślisko. w lesie zielono i głośno od wyśpiewujacych wieczorne trele ptaków, szczyty tonęły w chmurach a i zachodzące słońce się nie przebiło. Ze szczytu widok ładny, cieszymy oczy. Schodząc na Polanę Kopieniec podziwiamy bacówkę, szkoda, że pustą.










Bonus: hitem okazała się ta maleńka flaszeczka (20ml) płynu na poprawienie "przepływów" w organizmie - widok gdy siedmioro dorosłych siedzi przy stoliku z tą kruszyną bezcenny; klasyczna 0,5l postawiona tylko aby oddać skalę. Heheh.